We gotta be sneaky Charlie…
Czego nie można mieć wcześniej, można mieć później! W myśl tej światłej tezy, dzisiaj jest dzień kiedy przejedziemy przez najbardziej spektakularne odcinki tegorocznej trasy. Ok, odpuszczamy Tadrart Rouge, to byłaby prawdziwa petarda, ale 800km autonomii bez jednego z 5 galonowych worków i z pozostałymi w dyskusyjnym stanie… to musi poczekać na nas i na inny wyjazd. Szkoda bo już snułem wizje pozostawienia paliwa gdzieś ukrytego 200km od Djanet, tak aby wykorzystać je na powrocie… Co tam, wiem że jestem beznadziejnie zakochany w Saharze i Algierii i będę tu wracał kiedy tylko nadarzy się okazja.
No więc, wracając do rzeczywistości, plan jest prosty w swojej istocie. Zebrać się rano, zdobyć 150 litrów paliwa, wodę i prowiant, a następnie wyruszyć w kaniony pomiędzy skalnymi szpicami Tassili n'Ajjer. Dalej, północnym obrzeżem Erg Admer w kierunku masywu Adrar, na północ od góry Tazat, i po jego przeskoczeniu pistami po hamadzie aż do gór Hoggar. Nie wiemy czy starczy nam paliwa, jest co prawda dyskusyjna stacja w Idles, więc nie możemy mieć co do niej pewności, tak że … yolo!
Towarzyszy nam Hicham, jak się okazuje, jego pomoc jest bezcenna. Kiedy dojeżdżamy do stacji benzynowej, jest na niej kolejka na kilkaset metrów. Od której Ci ludzie tutaj stoją? Musieli być już w nocy, jest przecież jeszcze bardzo wcześnie. Widok poniewiera najtwardsze serca, ale z nami jest Hicham, który dzielnie przebija się na początek kolejki, coś tam przez chwilę uzgadnia przy jednej z budek obsługi i zaraz macha do nas żebyśmy podjechali, na sam początek. Wyrzucamy worki na paliwo i butelki na ziemię, tankujemy z dziką radością, najpierw baki, a potem te wszystkie dodatkowe akcesoria.
Robimy zapasy na trzy dni i wyjeżdżamy z miasta. Hicham wygląda jakby był naszym guidem. Jedziemy w kierunku północnego wyjazdu, wprost na upatrzone wcześniej przesmyki prowadzące do kanionów na pustyni. Żegnamy się z Hichamem, mam nadzieję że nasze drogi się jeszcze skrzyżują!
Zetem jesteśmy, stoimy vis a vis Tassili, przede mną bramy do świata Fadnoun, Tadrart i wielkich skalnych labiryntów. W końcu tu jestem, za chwilę rzucę pod koła jedne z najwspanialszych kilometrów które kiedykolwiek przejechałem. Czekałem na tę chwilę długo. Niech się dzieje! Skręcam z asfaltu i pierwszy jadę w kierunku czarnych skał. Ach, to nie będzie prosta przeprawa! Piasek jest zdradziecki bo pełen głębokich kolein. Znowu gramy ten sam zestaw kart, balans, gaz, trzymanie motocykla i ogólny luz. Motocykl jest bardzo ciężki, przygotowany na 3 dni podróży po pustyni, ale słucha się mnie i daje radę sprawnie jechać tam gdzie chcę. Zatrzymujemy się na przełęczy, jest wysoko i widać stąd doskonale najbliższy i dalszy plan. Ogarnia mnie dobrze znane uczucie, kiedy wszystko jest w jak najlepszym porządku, a wyobrażenia spotykają się z rzeczywistością i nie zawodzą. Widoki olśniewają.
Tassili n'Ajjer to jedno z najbardziej surrealistycznych i fascynujących miejsc na naszej planecie. Wyobraź sobie pustynię, na której nagle pojawia się skalny las. Nie pojedyncze kamienie, ale całe miasta wyrzeźbione przez naturę, przejścia między skałami, naturalne mosty, katedry z piaskowca, tunele i ukryte doliny. Tych formacji są tysiące i przybierają najbardziej fantastyczne kształty. Przez to ludzie bardzo często nadają im osobliwe nazwy, Crying Cows, Nutcracker, Elephant, Balanced, Surprise i do tego dopisek Rock lub Arch… Kiedy połączy się to wszystko w całość z perfekcyjnie żółtym piaskiem Sahary, otrzymujemy niebywały krajobraz.
Tassili n'Ajjer w języku Tuaregów oznacza dosłownie "Płaskowyż Rzek", co obecnie brzmi wręcz ironicznie, biorąc pod uwagę, że leży w samym sercu spalonej słońcem Sahary. Lecz kiedyś było to czystą prawdą. W okolicy znajduje się 15 000 rysunków i rytów, które dokumentują zmiany klimatu oraz życie ludzi na przestrzeni 10 000 lat. Możemy się z nich dowiedzieć, że Sahara była niegdyś zieloną krainą pełną rzek i jezior. Są na nich słonie, żyrafy, hipopotamy a nawet krokodyle. Uwiecznione zostały polowania, ceremonie i obrządki tych starożytnych ludzi.
No właśnie, setki milionów lat temu znajdowały się tu potężne pokłady piaskowca. Później kontynent podlegał ogromnym ruchom tektonicznym. Płaskowyż został wyniesiony, a przez miliony lat wiatr i woda zaczęły go rzeźbić. To co możemy podziwiać dzisiaj jest ostatecznie efektem procesu nazywanego korazją. Silne wiatry pustynne, niosąc drobiny piasku, uderzają w skały, szlifując je jak papier ścierny. Ponieważ skały nie mają jednolitej budowy, składają się z fragmentów o różnej twardości, to bardziej odporne fragmenty zostały na powierzchni, przybierając te wszystkie fantastyczne formy.
Do poruszania się po tym labiryncie piaskowych przesmyków, często bardzo wąskich, potrzebny jest spory skill, naprawdę nie jest lekko. Na przełęczy Tomek decyduje się odłączyć. Chce pojechać prostszym wariantem, w rejonie który jest bardziej płaski i znajduje się bliżej głównej drogi.
Z początku nie mogę tego zrozumieć, ale to tylko pierwszy odruch głowy nastawionej na zdobywanie kilometrów. Tak naprawdę jest to bardzo przemyślana i dojrzała decyzja Tomka. Być może ma zwyczajnie gorszy dzień. To dzięki takim chwilom i temu co się dzieje później wiemy że możemy na siebie liczyć i wybieramy się na nasze wyprawy razem. Często podczas naszych podróży musimy podejmować odpowiedzialne decyzje. Jechanie powyżej swoich możliwości przez dłuższy czas to czysta głupota, naraża nie tylko Ciebie ale też twoich współtowarzyszy. Naprawdę, nie chciałbym na poważnym wyjeździe takich osób wokół siebie.
Tutaj, na Saharze, wyzwaniem są nie tylko odległości, ale tez brak wody, suche powietrze i słońce. W takich warunkach musisz po prostu myśleć, dostosować się i zrozumieć, że tutaj czeka Cię dokładnie to, co się stanie w następstwie twoich własnych decyzji. Może oprócz drobiazgowego przygotowania to jest właśnie drugi powód, dlaczego zawsze dojeżdżamy do celu... W każdym razie, doskonale rozumiem Tomka i umawiamy się z nim po drugiej stronie.
Kolejne godziny ponownie zlewają się w jedność, w piękna przygodę. Lecimy piaskowymi przepustami od jednego wspaniałego miejsca do kolejnego. Podziwiamy Tasiili, podziwiamy malowidła, skalne formacje, jaskinie, wszystko. Aparat co raz ląduje w moich dłoniach, robię tego dnia prawie 400 zdjęć. Towarzyszy mi to niesłychane odczucie okrywania nieznanych wcześniej miejsc, ale nie takich zwykłych, banalnych, tylko tych owianych zasłona tajemnicy, tych o której ktoś kiedyś szeptał. Jesteśmy doskonale przygotowani, mamy checkpointy i track złożony częściowo z tutejszych klasyków i po trochu narysowany samodzielnie. Wrażenia towarzyszące jeździe motocyklem po Tassili są nie do opisania. Prawdopodobnie niewyobrażalne dla kogoś kto nie doświadczył tego na własnej skórze. W tym momencie wiem że to zdecydowanie jest jeden z najlepszych dni.
Ciśniemy mocno do przodu i dość szybko dojeżdżamy do umówionego punktu. Spotykamy się z Tomkiem i wszyscy razem najpierw objeżdżamy Erg Admer od północy i następnie obieramy kurs na Tazat, będący najwyższym szczytem w paśmie Adrar. Krajobraz zmienia się nagle, dosłownie w jednej chwili. Lecimy teraz po bezkresnej hamadzie, jest absolutnie płasko, dookoła tańczą miraże a na horyzoncie majaczy nasz cel - ciemne masywy gór. Niektóre z nich wyglądają niczym piramidy. Szybko przypomina mi się Sahara Zachodnia, tak samo jak tam, trzymam otwarty gaz, i jadę leniwymi łukami po tafli pustyni. Prędkość jest bardzo wysoka i jedyna rzecz na którą trzeba uważać to występujące z rzadka duże kamienie. Co jakiś czas przecinam trajektorię kogoś z grupy. Tak smakuje niczym nieskrępowana wolność.
Kiedy jesteśmy już blisko gór, robimy postój, wszyscy jesteśmy znużeni. Przelewam paliwo. Nieco daktyli i wody pozwala odzyskać siły. Omawiamy trasę. Track układa się w półkole, tworzy dość duży objazd na północ. Domyślam się że jest tak ze względu na jakąś przeszkodę, erg lub zbyt strome zbocza Adraru. Umawiamy się, że wszyscy spotkamy się w miejscu gdzie potencjalnie da się ściąć drogę i zaoszczędzić prawie 40km. To bardzo ważne przy naszych zapasach paliwa.
Ruszamy i od razu przekonuję się że czeka nas ciężki odcinek. Spodziewałem się twardych kamieni, tymczasem doliny wypełnione są kopnym piaskiem. Próbuje zarówno kolein i jazdy obok, nie mogę się zdecydować który wariant jest lepszy. Na pewno obydwa są bardzo paliwożerne. Kolejny raz na tym wyjeździe, jazda nie należy do łatwych i wymaga sporej koncentracji. Za to widoki są olśniewające. Tahat i cały jego ciemny masyw wyraźnie wystaje i dominuje krajobraz. Harmonijne fale wyrzeźbione na wydmach dopełniają całości. Po około 20 km wszelkie ślady znikają, od dawna nikt tędy nie jechał. Okolica jest pierwotna, brak jakichkolwiek dowodów obecności człowieka.
Dotarliśmy do miejsca w którym umówiliśmy się wszyscy spotkać. Jesteśmy we dwójkę z Kubą. Na radiu łapiemy też Kondzia który znajduje się jakieś 5km z tyłu. Przed nami wyrastają potężne łuki wydm, są piękne. Z tej perspektywy wyglądają na niedostępne. Czekamy dłuższą chwilę, ale nic się nie zmienia. Wciąż siedzimy tu sami. Postanawiamy że ja spróbuję upatrzonego wcześniej skrótu a Kuba zostanie. Jeśli wydmy będą przejezdne, to dam znać przez radio i poczekam na resztę, nie chcemy marnować paliwa.
Ku mojemu zdziwieniu zdobywam wydmy bez wysiłku. Wyjeżdżam na pierwszą i piasek się wypłaszacza, przede mną wyrasta kolejna wydma, za nią jest trzecia i kolejne. Zaczynam już wątpić w to czy skrót nie okaże się po prostu morzem wysokich wydm. W takiej sytuacji nie ma sensu ich forsować i trzeba będzie wycofać się i objechać wszystko szerokim łukiem. Nagle przede mną ukazuje się ogromna dolina i jeszcze jedna potężna wydma na jej końcu. Analizuje mapę. Poziomice nie pozostawiają wątpliwości. Jest przejazd! Zaraz przed ogromną wydmą należy skręcić w lewo i w ten sposób dotrze się do płaskiej hamady po drugiej stronie ergu. Wjeżdżam na najwyższy punkt, na szczyt wysokiej, długiej wydmy i wywołuje chłopaków.
Mam kontakt z Kubą, ale z nikim więcej. Kuba za to ma kontakt z Kondziem. Ten się cofa, musimy znaleźć Tomka z którym nie ma kontaktu wcale. Kondzio zużywa najmniej paliwa i jest z tyłu, wiec to najlepsza opcja.
Ściągam kask i buty. Siadam w cieniu motocykla i kontempluję nieziemski widok. Czas mija leniwie, jest już całkiem późno. Kiedy wyjmuję orzechy, przylatuje do mnie ciemny, sporych rozmiarów ptak, zajmuje się okruchami, tutaj na pustyni nic się nie zmarnuje. Cisza jest absolutna. Po około 20 minutach słyszę wiadomość od Kuby.
- "Kondzio znalazł Tomka, na samym początku drogi w górach, Tomek opadł z sił i zawraca, spotkamy się na przecięciu tracka z tą główną pistą biegnącą do Amguid, dokładnie w miejscu ich przecięcia. Tomek chciał dać paliwo Kondziowi, ale nie wziął."
- "OK, rozumiem, przyjedź tu do mnie, jest tak niesamowicie pięknie że nie warto abym tutaj czekał sam"…
Lecimy off piste. Przed nami wznosi się majestatyczna duna. Sprawdzam na mapie, ale nie ma żadnej nazwy, za to jej wysokość od podstawy przekracza 300m. Przed nią odbijamy prosto na hamadę. Zostało nam jeszcze około 40-60km do umówionego noclegu, W głowie obliczam, że skoro Tomek wrócił na główną drogę, która prawdopodobnie jest w tamtym miejscu asfaltowa, to pomimo sporego koła powinien być przed nami. Jedziemy szybko, w kontrze mamy niskie już słońce, zostawiamy 3 obłoki kurzu, które teraz podświetlone są na różowo. Jedziemy bez żadnej drogi, na azymut, jedyna rzecz o którą musimy dbać to obserwować się nawzajem i czytać teren.
Kiedy docieramy do omówionego miejsca jesteśmy sami. Nie ma śladu Tomka. Próbujemy złapać go na radiu wychodząc na pobliskie skały. W takich warunkach, jeśli nie ma żadnych przeszkód w postaci wzniesień terenu, zasięg może swobodnie przekroczyć 20km. Cisza. Rozbijamy się przy wraku Peugeota, który potem okazuje się jednak Toyotą. Wspaniały wóz, ma bagażnik który idealnie spełnia funkcje kuchni polowej. W blasku księżyca szykujemy makaron z bakłażanami i tuńczykiem. Dzielny bakłażan przyjechał z nami aż z BOD.
Do późna omawiamy możliwe scenariusze. Nie wiemy gdzie jest Tomek. Nie mamy dużo paliwa, ja wiozę jedynie 3 galony, a jest nas tutaj trójka. Resztę ma Tomek w worku 5 galonów. Zakładamy że Tomek pojawi się rano, druga możliwość to że będzie na nas czekał w Idles. Nie mamy z nim kontaktu, nie zabrał na wyjazd InReacha. Jutro na pewno dotrzemy do Idles, ale co dalej? W tym wszystkim jakoś nie martwię się o Tomka, podświadomie wiem że jest gdzieś niedaleko i że sobie radzi, znamy się długo. Sporo scenariuszy, czas pokaże który z nich się ziści, inshallah.
Track: https://loc.wiki/t/277756532?wa=sc


































































Leave a comment