Dakar 2023 - Stage 2 - Rocky

The Rugged Rides 8/10/2023

Wiem że kolejne dni przyniosą odpowiedź na wiele pytań. Jednym z najważniejszych jest to czy damy radę wytrzymać narzucone planem bardzo wysokie tempo, bez uciekania się do skrótów czy asfaltowów. Obawiamy się przede wszystkim kamiennej poniewierki, bo taki teren wyciąga siły i nie pozwala rozwijać prędkości, jest bardzo techniczny. A odcinek który właśnie mamy zacząć to właściwie jeden wielki ogród kamieni... całe Maroko, aż do Sahary Zachodniej.

Rano coś się kroi. Wstaję i dostaję od chłopaków prezent na urodziny, totalne zaskoczenie. Coś niesamowitego, nie dość że pamiętali, to te kochane chłopy przywiozły ze sobą ukryty w sakwie, potężny zegar-ołtarz, który odgrywa wezwania muezzinów z najsłynniejszych miejsc kultu proroka. Jest ogromny, srebrny i ma mnóstwo przycisków, a do tego miga i gra, o-maj-got! Po zamocowaniu go do sakwy, na zewnątrz aby nadać odpowiedniego szyku, ruszamy w pierwszy prawdziwie pełny i syty dzień naszego Dakaru. Ciekawi mnie co przyniesie, szczególnie że w tym miejscu postanowiłem poprowadzić track nieco inaczej niż główna dakarowa autostrada do Ramli, cała usiana oberżami. I jest to strzał w dziesiątkę!

Pierwsze promienie słońca, podświetlone chmury kurzu, ogromne przestrzenie i totalna wolność, co za chwila! Jedziemy kamienistą hamadą która prowadzi pustkowiami, w oddali majaczy formacja skalna jak żywcem wyjęta z kreskówek Lonely Tunes ze strusiem i kojotem. Mijamy ruiny twierdzy Ba Hallou i pierwsze wyschnięte jezioro. Za Ramlią dość szybko rozprawiamy się z korytami rzek okresowych, które są wyjątkowo grząskie po niedawnych ulewach. Całość dosłownie przelatujemy - co za kontrast dla tempa które w tym samym miejscu miałem rok wcześniej w 4x4... Docieramy w jedno z najpiękniejszych miejsc w Maroko, przed nami znajduje się Sidi Ali. Ku mojemu zdziwieniu z dołu mruga do nas srebrzące się zwierciadło jeziora. Cały basen jest wypełniony wodą! Wciąż stoimy na piaszczystych zboczach gór rozpiętych na północ, staram się kontemplować chwilę. Robię dużo zdjęć. Wszyscy wymieniamy się przez radio wrażeniami. Pustynia w około zakwitła. Chwila jest magiczna.

Zaczynamy szukać objazdu, decydujemy się na próbę pokonania jeziora i okalających go bagien od północno-wschodniej strony. Jazda jest bardzo ryzykowna, bo to co widać to spieczone słońcem błotne skorupy, ale pod spodem są warstwy rzadkiej gliny. Wklejenie w takim miejscu może skończyć się nawet utratą maszyny. Kiedy o tym myślę, Kuba rzuca przez radio: "jadę przodem, trzymajcie dystans!". Posuwamy się zakolami. Kiedy próbujemy jechać zbyt suchą częścią, łatwo łapiemy łachy bardzo kopnego fesz-fesz'u. W końcu trafiamy na szczelny pas zapór przeciw piaskowi, tutejsi rolnicy wznoszą je z czegoś w rodzaju wikliny. Nie chcemy po nich jeździć żeby ich nie zniszczyć, udaje mi się wypatrzyć przesmyk, na jednej z nich spiętrzyło się tyle piasku że przejazd górą nie zniszczy konstrukcji.

Zaczyna się kolejna sekcja, to super szybkie, płaskie jak stół patelnie hamady. Ryk silnika i zdrowe trzy cyfry na zegarach, od wzgórza do wzgórza. W pewnym momencie zaczynam kołować i siadam na ogonie Pitera. Radio w dłoń: "tratratratrata, nie masz silnika, spadasz, zestrzelony!...". Tak mijają nam kilometry, tylko na chwilę teren zmienia się w bardziej wymagający, bo składający się ze sporych kamieni ogromny krater, zaraz przed Mhamid.

W miasteczku witają nas dzieciaki, są nachalne, widać od razu gdzie dociera sporo turystów. To nie miejsce dla nas, robimy szybkie zakupy, tankujemy na full, wodę i paliwo, i znów zanurzamy się w pustyni. Suniemy gładko po jej tafli, teraz pod kołami jest coraz więcej piasku, dookoła sporo akacji, zaczyna się złota godzina. W końcu na horyzoncie majaczy Erg Chebbi. Wdrapujemy się na wydmy i znajdujemy miejsce na nocleg. Jest perfekcyjnie. Dookoła nie ma żywej duszy, tylko my, nasze wrażenia z dnia wypowiedziane na głos pod rozgwieżdżonym niebem i ołtarzyk, postawiony na środku obozu miga na czerwono i wygrywa pobożne melodyjki...

Rano zbieramy się nieśpiesznie, włączył się luz. Postanawiam wykorzystać czas i zaczynam zabawę na wydmach, obłoki piasku strzelają spod koła, Tomek fotografuje. Jak się później okaże, wyjdą z tego nieziemsko dobre foty, dobry poranek. Do czasu. Idolem rozkładówek w motocyklowej prasie zapragnął być też Tomek, w którymś momencie Tomek znika w zagłębieniu pomiędzy wydmami i nagle silnik przestaje pracować. To nigdy nie jest dobry znak że silnik przestaje pracować nagle... Biegnę w to miejsce i widzę obraz katastrofy - na dnie pomiędzy wydmami wystaje skamieniały fragment podłoża, reszta dedukcji jest dość oczywista. Tomek jest potłuczony a motocykl lekko uszkodzony. Zbieramy się wszyscy i ruszamy do najbliższych drzew, potrzebujemy cienia aby dokonać napraw. Hej, to wciąż dobry poranek! Z nudów wpada mi do głowy nierozsądny pomysł, nalewam do dętek Slime, w domu się nie odważyłem, skrywając w sobie estetyczno-pragmatyczną niechęć. Wiozłem tego Slime'a z domu w sakwie, bo tak bardzo nie mogłem się zdecydować :-) Jak się potem okaże, statystycznie, posiadanie Slime lub jego nieposiadanie nie ma absolutnie żadnego znaczenia w odniesieniu do ilości złapanych kapci, ma natomiast kolosalne co do upodlenia i zabryzgania wszystkiego klejącym glutem :-)

Ruszamy, odcinek jest trudny, przypomina mi nieco Tunezję i tamtejszą Saharę, bo wydmy są nieregularne i stosunkowo niewielkie, sypkie. Bardzo ciężko złapać rytm, jazda jest wycieńczająca i wymaga ciągłej pracy ciałem. Odpoczywamy. Z kierunku południa słyszymy ryk potężnych silników, widać karawanę wozów 4x4, prawie na horyzincie. Tutaj dźwięk niesie się bardzo daleko, donośnie. Opuszczamy pasmo wydm i kierujemy się tam skąd nadciągnęły samochody.

Przed nami wyschnięte jezioro Iriqui. Kiedyś była tu woda, ale człowiek zbudował tamy i zapory, wodę wykorzystał do irygacji. Fizyczność tej lokalizacji krzyczy do mnie i daje jasne znaki, trzeba jechać szybko! Greta rozwija skrzydła, cała jej moc się przydaje, cała drży, bo musi pokonać powietrze i grząskie dno jeziora. Pole widzenia się zawęża, celem jest drugi brzeg, to prawie jak trans. Nagle widzę zbilżający się wał, ma około 1m wysokości, zadziałał odruch, zdusiłem maszynę i zaraz przed przeszkodą strzeliłem na maksa z gazu. Przeleciałem. Niech wszechświat sprzyja twórcom zawieszenia XPLOR...

Podążamy wytyczonym trackiem, jazda hamadą mimo że ciężka, jest zniewalająco cudowna. Flow zrywa się niespodziewanie kiedy docieramy do wojskowego checkpointu blisko granicy z Algierią, mniej więcej na wysokości Tissint. Panowie wybiegają z baraków w takim pośpiechu, że mają klapki nie do pary a karabiny przewieszone lufami do tyłu. Najwyraźniej ich zaskoczyliśmy. Niestety wszystko co udaje mi się wynegocjować to możliwość zawrócenia na wewnętrznym rondku w ich bazie :-D Jak się okaże, to najlepsze co przydarzyło nam się tego dnia. Nie mamy innego tracka, więc postanawiamy pomyśleć w zaciszu akacji przegryzając problem ciastkami w miodzie...Rodzi się pomysł stworzenia, stworzenia nowego tracka, bojem, wypatrując kozich ścieżek po okolicznych wzgórzach. W końcu jest to jeszcze terytorium bezpieczne pod względem min!

To co nastąpiło później to czysta poezja, może za trudna dla cięższych maszyn, ale na LC4 bawiliśmy się doskonale. Okolica obfituje w cudowne przepusty pomiędzy kolejnymi pasmami gór, jedzie się kozimi ścieżkami, singlami, korytami okresowych strumieni lub momentami zupełnie bez żadnego śladu. W końcu, naprawdę zmęczeni docieramy do oazy, od tyły, zmytą przez rzekę drogą, znowu nikt się nas tutaj nie spodziewa. Dwaj militarni są zbici z tropu, kiedy pytają o to jak tu dotarliśmy, rysuję w powietrzu zygzaki, rozumieją :-)

Jesteśmy zdrowo ściorani. Mimo to kontynuujemy drogę w kierunku Tata kamiennymi pistami. W mieście udaje się złapać wi-fi i zjeść doskonałą kolację. Kiedy podróżuję to nigdy nie kupuje lokalnych kart sim, jestem offline, bo w ten sposób można głębiej zanurzyć się w podróży, nie ma rozpraszaczy. Rozmowa z dziewczynami w domu, tankowanie, zaopatrzenie i szybka orientacja w mapie. Jedziemy na nocleg, słońce zachodzi i zagląda nam wprost w źrenice, rozbijamy biwak w korycie wyschniętego strumienia. Rozmawiamy do późna. Smaruję skręconą nogę, rano zabrało mi tył jeszcze na Erg Chebbi, zwaliłem się wprost na stopę. Na szczęście to nic groźnego.

Rano repertuar się nie zmienia. W promieniach wczesnego słońca przecinamy hamadę w akompaniamencie ryku silników. Napotykamy samotnego wielbłąda który karmi się liśćmi z górnych gałęzi akacji, nie zwraca na nas kompletnie uwagi. Po minięciu Akka, pokonujemy bardzo wymagający odcinek, kamienie są wyjątkowo duże i pracujemy ciężko na każdy kilometr. Gdzieś niżej idzie asfalt, który w zupełnie bezceremonialny sposób zmienia perspektywę postrzegania dystansu do pokonania. Krajobraz wokół się zmienia, coraz częściej napotykamy szybkie odcinki o miękkim podłożu, a nad nami górują czarne skały. Wszystko powoli miesza się w głowie, która połać hamady była kiedy? Jazda podczas tej wyprawy to też ciężka praca, fizyczna i psychiczna, nieprzyjazny i wymagający teren zamazuje się w pamięci, zlewa się w jedną całość, i mimo monotonii trzeba zachować czystość myślenia, koncentrację i cały czas dawać z siebie mnóstwo wysiłku. Lubię to bardzo!

Do Assa docieramy kompletnie wykończeni. Kamienie wypompowały nas do zera! Ale Assa to już właściwie brama do Sahary Zachodniej! Czujemy tą energię! Podejmujemy ostatnią próbę pospawania złamanej dźwigni hamulca u Tomka, gromadzimy maksymalne zapasy i kierujemy nosy maszyn na południe. Na wyjeździe z miasta kierowca nadjeżdżającego z naprzeciwka Mercedesa wyciąga na nasz widok rękę w geście który w tym rejonie ma bardzo wymowne znaczenie. Polecam w tym temacie doskonały reportaż Bartka Sabeli - Wszystkie Ziarna Piasku. Czuję dreszcz na plecach.

Już po chwili lecimy piaszczystymi pistami wprost w kierunku czarnych jak smoła skał, które malują się w oddali. Przekraczamy dawny Berm. Wszędzie wokół jest totalnie pusto. Wrażenie jest niesamowite. Jedziemy naprawdę szybko. W końcu docieramy do miejsca cudownie majestatycznego, w którym wydma spływa po czarnym zboczu skał, w dole znajduje się półokrągły teatr stworzony przez przyrodę do oglądania tego wszystkiego. W dodatku na piasku znajdujemy rosnącą tu... cebulę! Z Kubą zaczynamy koncert niekończących się podjazdów i zjazdów po wydmie. Zachodzące słońce pozwala nam na ustrzelenie niezapomnianych zdjęć. Rozbijamy biwak, a ponieważ okolica usiana jest bardzo ostrymi, miniaturowymi sukulentami, śpimy tej nocy bez pompowanych mat. Do późna siedzimy na pobliskim zboczu, podziwiamy piękno pustkowia.

Mamy to! Za nami najtrudniejszy pod względem utrzymania tempa odcinek, Maroko. Przed wyjazdem bałem się że ze względu na liczne rock-gardeny spowolni nas bardziej niż będziemy mogli to potem narobić!

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-2-the-rugged-rides-146730069