Dakar 2023 - Stage 6 - Senegal

The Rugged Rides 6/16/2024

Lac Rose! Wczorajszy wieczór minął na rzeczach których nie robiliśmy od dawna. Basen, bar, obiad na normalnym talerzu, chillout na wydmie pośród sępów, telefon oraz... Internet. W Mauretanii Internet był wyłączony. Ponoć z więzienia zbiegło kilku zbiegów, zrobili to tak dobrze, że nikt nie mógł ich złapać przez przynajmniej pięć dni, ale za to wyłączono dostęp do sieci w całym kraju. W sumie ok, i tak nie używamy.

Zbieramy się powoli, dzisiaj żmudna praca - chcemy przebić się do centrum Dakaru i podbić pieczątki duane aby przedłużyć pozwolenie na pobyt. W miarę poczuliśmy już podstawowe zasady, więc wypatrujemy stoisko z bagietkami i zamawiamy all inclusive, oczywiście wraz z cafe touba. Robimy sobie zdjęcia z paniami, one z nami, dołączają jakieś dzieciaki. Jest miło ale czas się ruszyć, to będzie dzień serwisowy. Przedzieramy się przez typowe afrykańskie korki, momentami trudno jest w nich znaleźć miejsce nawet motocyklem. Najpierw uderzamy do Mad Bikes. Jeszcze z domu zamówiliśmy sobie u nich piękne buteleczki z tym co najlepsze dla naszych maszyn - Motorex 10W60 :-D Mad Bikes to wspaniałe miejsce, daje poczucie zaopiekowania i bezpieczeństwa, szczególnie po tym jak w Mauretani zdawaliśmy sobie dobrze sprawę, że lepiej aby motki tam raczej trzymały fason... Tutaj otoczeni jesteśmy pełnym asortymentem części, filtrów i ludzi którzy takie motocykle widzą na co dzień. Zauważam nawet nawet Hondę CRF Itchy Boots, stoi w serwisie. Dalej błądzimy po mieście w korkach i gorącu, nie możemy znaleźć duane. Udaje się pod dobrej godzinie, parkujemy na zakazie, na chodniku, a ochroniarz widząc nas zaprasza do wejścia radosnymi gestami. Jesteśmy wolni, możemy uciekać z powrotem w objęcia natury, w kierunku baobabów, krów i glinianych chat.

Przed wyjazdem spędziłem nieco czasu aby narysować godziwy track przez miasto, po drogach z gliny, pomiędzy niską zabudową, wijący się aż nad morskie klify... Rezygnujemy jednak, ciągnie nas na sawannę, chcemy jak najszybciej wyjechać z tego betonu. Wskakujemy na autostradę, dopiero z niej widzę jak ogromny i gęsty jest Dakar. Myślę że wyjazd tamtędy zająłby nam kilka godzin. Co chwila napotykamy bramki, motocykle płacą, gotówką, jakieś śmiesznie niskie kwoty. Niektórzy kierowcy minimalnie tracą fason w nerwach, trąbią, krzyczą, czasami także obsługa bramek. Pewnie nie zdają sobie sprawy z tego, że za każdym razem musimy zdjąć rękawice, odliczyć i zapłacić za 4 motocykle. Do tego Kuba ma coraz większe problemy z odpalaniem maszyny. Kilka razy wcześniej już się to zdarzyło, wymyśliliśmy sobie że to może szczotki rozrusznika się zawieszają, więc poruszanie motocyklem przód/tył na biegu coś zmienia, ale w tym momencie to już nie działa, a my stoimy w słońcu na betonowym poboczu autostrady zaraz za bramkami. Coś tam majstrujemy i jest, maszyna żyje a my wjeżdżamy na tracka. Ale tylko do najbliższego sklepu, bo tam los nas dojeżdża. Z pełną publicznością i w cieniu drzewa, przeglądamy wiązkę, rozkładamy i składamy przycisk startera, sprawdzamy stacyjkę, wymieniamy przekaźnik główny… po prawie 2 godzinach motocykl melduje się gotowy do dalszej jazdy. Jest już całkiem późno, więc plan na dzisiaj to znaleźć nocleg, koniecznie pośród baobabów!

Wjeżdżamy na sawannę. Zaskakuje mnie dość charakterystyczna zabudowa i spora gęstość zaludnienia. Teren poprzetykany jest siecią wyjeżdżonych a z czasem wydeptanych naturalnie dróżek, co chwilę natrafiamy na jakąś wioskę. Jedna z nich zwraca szczególnie moją uwagę, są w niej świnie i troszkę inna zabudowa, inne groby, ta jest pewnie chrześcijańska. W końcu rozbijamy obóz pośród wymarzonych baobabów, są wspaniałe! Kiedy zapada zmrok, zaczynamy duży serwis. Mamy tylko jedną wolną butelkę na zużyty olej, wymianę robimy jeden po drugim. Dzieje się magia. Praca w takich warunkach to czysta przyjemność i esencja wyjazdu. Po wszystkim zabieramy się za kolację. Chiński palnik mulitfuel ostatecznie się poddaje , zostajemy z Primusem. Do tego, zakupione pomidory okazują się gorzką pulpą, nawet sam Piter, szef wszystkich kuchni polowych, nie jest w stanie tego uratować. Ale to nic, bo kiedy podnoszę głowę to widzę rozgwieżdżone niebo, wprawione w ramkę z rozłożystych gałęzi baobabów. W końcu mocno czuję że jesteśmy w Senegalu.

Poranek jest zaskakujący - wszystko spowite jest w gęstej mgle. Nie spodziewałem się tego zupełnie. Wraz z rogatymi krowami całość sprawa niezwykłe wrażenie. Zbieramy się szybko, nie możemy doczekać się pierwszego pełnego dnia z sawanną. Już po chwili jadę po ubitej ziemi. Nie ma już piasku, jest czerwona gleba, doskonale przyczepna i miękką pod kołami. Krajobraz wyznaczają naprzemiennie, obszerne pastwiska, pola baobabów lub drzew, które przypominają akację, ale są o wiele bardziej zielone. A zieleni przybywa z każdym przejechanym kilometrem, im dalej jesteśmy na południe i wschód, tym bardziej żywa jest przyroda. Bawimy się doskonale i chłoniemy te nowe doznania, pół dnia mija momentalnie, zatrzymujemy się dopiero w Kaffrine, postkolonialnym miasteczku, w którym panuje fantastyczny klimat. Leniwe, sklecone z gałęzi i foli stragany opierają się o mury przepięknych kolonialnych budynków. Są na nich owoce, woda w woreczkach 0.4l i przyprawy. Niektóre sklepy rozwinęły się we wnętrzach dawnych magazynów, wysokich pomieszczeń, dumnych, otwartych na ogół na ulicę z dwóch stron. Znajdują się tu stacja kolejowa i skrzyżowanie dwóch linii. Tory przykryte są kurzem oraz ziemią, niema reminiscencja dawnych lat świetności. Dalsza części dnia to bezkresne czerwone trakty, z wioski do wioski, rogate bydło, baobaby, pozostałości dawnej kolei, słomiane chaty, dzieciaki grające w piłkę. Dzień jest absolutnie wykwintny. Poruszamy się z dala od osi cywilizacji, którą wyznacza jedyna asfaltowa droga na zachód. Otacza nas proste życie, tylko że nie jest to efekt świadomego planowania, to tutaj po prostu normalne, nie wymagające wysiłku i rysowania specjalnych tracków. Czuje się jak bym wyszedł z kapsuły czasu. Doskonale!

Samym wieczorem mijamy drogowskaz. Restauracja. Przydałaby się nam kolacja, skręcamy i trafiamy na prowadzony przez francuzów camping, nad wodą, na brzegu rozlewiska. Skoro jemy tu kolacje, to postanawiamy zostać, jest basen, jest piwo… Wieczorem dowiadujemy się co jeszcze - całonocna dyskoteka oraz kilka zainteresowanych naszym przybyciem madame senegal… No nic, może uda się wyspać kolejnej nocy, w każdym razie potwierdzam złotą zasadę - najlepsze biwaki są w samym sercu przyrody, daleko od ludzi.

Rano szybko docieramy do Sine Ngayene. Stanowiska zawiera 52 kamienne megality, to pozostałość po dawnej kulturze Senegambii. Nie do końca wiadomo jak stare są te kamienie, ekspertyzy trafiają mniej więcej w okres od kilku wieków pne do 16 wieku. Struktury są z pewnością bardzo ciekawe, zjawiskowe w kontekście otaczającej je trawy i niczego. Na pewno lepiej by wyglądały bez ogrodzenia w tle. Ruszamy dalej, po chwili natrafiamy na przepiękne drzewo, ogromne, rozłożyste, głęboko zielone. Przypomina mi się Avatar. Dalej jest podobnie, przyroda jest piękna, a to co widzimy bardzo proste i autentyczne. Od czasu do czasu wypluwa nas na chwilę na jedną z głównych dróg, ale i one nie mają asfaltu. Dróżki są coraz węższe, a wioski coraz bardziej przypominają starannie dobierane kadry National Geographic. Niektóre z nich ewidentnie nie mają dojazdu samochodem i cały ruch odbywa się na osłach lub za na chińskich motorkach.

Dłuższą chwilę przedzieram się przez las złożony głównie z niskich drzewek i kopców termitów. Dróżka jest bardzo wąska, momentami wręcz zanika. W pewnym momencie wyjeżdżam wprost do wioski, pełnej ludzi, kolorów i rytmu. Jest tu mnóstwo uśmiechu i energii. Ludzie zapraszają mnie do siebie. Sam nie wiem jak, ale po chwili znajdujemy się wraz z Tomkiem w środku tego tłumu ludzi, tańczymy i cieszymy się wraz z nimi. Jesteśmy na weselu. Podchodzi do nas fotograf i pokazuje swój aparat. Przybywa ojciec rodziny i jest dumny ze swojej córki, która właśnie wychodzi za mąż. Kuba z radości postanawia wystartować dronem. Kilka kobiet wciska nam numery telefonów, dzieciaki biegają za dronem, wszyscy tańczą, a pozostali pozują z nami do zdjęć. Chwila jest magiczna, ale nie chcemy jej przedłużać. Jakby nie było, jesteśmy cierniem wbitym w tą społeczność, obcym ciałem, które zaburza uroczystość, a przecież to nie my jesteśmy tego dnia tutaj najważniejsi. Dlatego mimo wspaniałego przyjęcia i atmosfery, po kilku kwadransach jesteśmy znowu w drodze, tutaj jest nasze miejsce. I znowu, mijamy wspaniałe baobaby, wioski i miasteczka, pośród czerwonych pól i żółtej trawy. Czy tak wygląda raj dla takich włóczęg jak my?

Pod koniec dnia, kiedy nieśpiesznie zaczynamy się rozglądać za noclegiem, Piotrek łapie przedniego snejka. Rzuca odważne spojrzenie i mówi żeby liczyć mu czas. Całość zajmuje 30 minut, stara dętka, nowa dętka, pompowanie, poskładanie wszystkiego do kupy. To jest team! Wypatrujemy wzgórze w oddali, tutaj gdzie jesteśmy co chwilę ktoś przejeżdża, tlą się wypalane trawy. Na naszym wzgórzu widać wszystko po horyzont, życie w wiosce poniżej w oddali, dymy spowijające płaskie dno doliny. Siedzimy do późna, biwak w dziczy, pod milionem gwiazd, jest idealnie. Niepokoi mnie tylko jedno, po raz pierwszy na tej wyprawie. Czy są tu lwy?

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-6-1-senegal-the-rugged-rides-174342785