Rumunia solo

The Rugged Rides 7/29/2021

Rumunia solo, mam 4 dni do dyspozycji, pakuję Gretę w pełny bagaż i wyruszam przed świtem. Z racji samotnego wyjazdu nie planuje ciężkiego terenu, zamierzam przejechać połowę TET Rumunia. Kraków to bardzo dobry punkt wypadowy, już o 10:20 wjeżdżam na track w okolicy Satu Mare.

Dzień 1. Mój pierwszy dzień w Rumuni to przede wszystkim połoniny Maramuresz, czuje mnóstwo wolności i przestrzeń. Na podjeździe znajduje się kilka bagnistych miejsc, jest sporo błota, droga wije się i rozdziela na wiele pnących się w tym samym kierunku błotnych strug. Padało przez ostatnie dni. Spotykam Stefana z Austrii, jest na 790, też solo, stoi na pierwszym podjeździe. TET Rumunia jest miejscami wymagający. Pomagam mu przez chwilę, ale w końcu jadę na górę sam. Będę na niego czekał gotując obiad. Tam napotykam pierwsze stada owiec. Pasterskie psy są wściekłe i wybiegają mi naprzeciw. Rajdy z nim zawsze wyzwalają we mnie sporo emocji, szukam na nie najlepszego sposobu. Robi się wczesny wieczór. Za przełęczą Nateda postanawiam wbić w trudny odcinek pełen błota i zniszczony przez ciężki sprzęt do zwózki drewna. Podjazdy atakuje odważnie, z rozpędu, z tyłu mam Motoz Desert który inaczej momentalnie by się zapchał. Kilka razy stawia mnie bokiem. Decyduje się wycofać, nie chcę spędzać nocy w tym rejonie na takim odludziu. Po kilku upadkach nie mam już siły podnieść motocykla, ledwo znajduje oddech, jestem mokry od potu. Ślady innych motocykli które były dobrze widoczne jeszcze 20km temu nie istnieją. Udało mi się zmęczyć, wycofuje się i noc spędzam nad potokiem wśród grillujących ludzi. Dawno nie byłem tak wyczerpany, jestem zadowolony. Do snu oglądam jeszcze dokument o Jerzym Kukuczce, woda uspokajająco szumi, księżyc jest w pełni i mam butelkę wina. 673 km

Dzień 2. Wstaje potwornie zmęczony po wczorajszym dniu. Dobija mnie pierwszy błotnisty podjazd wśród pól, jakimś cudem udaje mi się wywrócić moto do góry kołami, nie mam zdjęć, ale było dość tragicznie 🙂 Od tego momentu robi się bardziej płynnie, teren jest łatwiejszy, pojawia się też asfalt. Odpoczywam. Dzień jest mokry, stalowy. Spotykam wiele opuszczonych fabryk, miasta są posępne. Jadę cicho i niepostrzeżenie. W końcu pogoda się poprawia, a pozbawione dumy przemysłowe ruiny ustępują miejsca pasterkim zagrodom. Przy każdej należy się zatrzymać i ją otworzyć a później zamknąć. Jest ich kilkanaście, w końcu lekko mnie denerwują. Myje chłodnicę, robię zakupy i kieruje się w stronę Rezervaţia Lacul Iezer din Călimani. Po drodze mijam jeszcze miejscowość Gura Haitii, postanawiam że będzie to moja ulubiona miejscowość w tym kraju 🙂 Podjazd na 1900m zaczyna się betonowymi płytami aby skończyć się zakazem wjazdu dalej. Po konsultacji z miejscowymi postanawiam jednak wjechać na szczyt. Ten jest niesamowity, to płaskowyż ze wspaniałym widokiem. Rozbijam się na jego brzegu. Jest głucha cisza. Nie ma nikogo. Czytam Kurz i Krew, otwieram wino i słucham przelatujących ptaków. Słońce zachodzi, pojawia się księżyc i chłód, niedźwiedzie się nie pojawiają. 291 km

Dzień 3. Poranek spędzam na obserwowaniu wschodu słońca. Potem kieruje się na dół, robię zdjęcia spokojnym koniom. Idzie mi niesamowicie i zamierzam zrobić dzisiaj konkretny dystans. Wszystko mi się podoba. Nagle wyłapuje gwoździa na tyle. Na szczęście jestem właściwie we wiosce. Zabieram się do pracy, okazuje się że trafiłem na wieś zamieszkałą w całości przez Węgrów, pomagają mi użyczając kompresor, częstując czymś w rodzaju Jagermaister'a i umilając czas rozmową. W końcu ruszam, niepewnie gdyż dętka miała dwie bardzo duże dziury, gwóźdź zdarzył przepołowić się na dwa, nie wiem czy to wytrzyma. Jadę drogą składającą się z kałuż, ciśnienie w oponie spada. Potem wspinam się ponownie na poziom pasterskich hal. Ciśnienie spada jeszcze bardziej. Spotykam Niemca na rowerze, ma ze sobą gaz pieprzowy i dobre nastawienie, jedzie daleko, przed siebie. Docieram do kanionu Bicaz, jest ładny, nawet piękny, ale ludzi jest zbyt dużo a powietrza w oponie zbyt mało, myślę głównie o tym. Na szczęście docieram do wulkanizatora, to załatwia sprawę, przy okazji wypijam kawę i dowiaduje się sporo o życiu we Włoszech, w Rumuni oraz o przyszłości. Dalej jadę uskrzydlony, odkręcam mocno na szybkich szutrach, zostawiam pył i deszcz kamieni. Pokonuje genialne połoniny, jest cudownie. Stawiam na szalę jazdę po ciemku i postanawiam pokonać jeszcze drogę wzdłuż rezerwatu Nemira. Udaje mi się w ostatnim momencie znaleźć sklep i wyruszam na nocleg. Upatruje sobie idealne wzgórze, skręcam w jego kierunku, droga jest normalna. Nagle motocykl wkleja się po ośki w zdradziecką glinę najgorszego typu, próbuje z tym walczyć, grzebię rękami w brei, próbuje szarpac na boki, ale nie mam siły, jest wklejony na dobre. Wracam do asfaltu na piechotę, zatrzymuje kierowcę, ten ściąga z siebie koszulkę i bez zastanowienia rusza mi na pomoc. Dziękuję Ci wspaniały człowieku! Na nocleg docieram ubrany w 20kg mazi na całym sobie, kasku, plecaku, wszędzie. Księżyc już na mnie czeka. Zalewam największego liofiza jakiego mam. Jakieś konie igrają ze mną do późnego wieczora. 343km

Dzień 4. Rano konie już na mnie czekają, wspólnie oglądamy poranne mgły. Wracam w kierunku domu, porzucam TET i kieruje się na zachód szyjąc traka na bieżąco. W Rumuni jest to bardzo łatwe. W ten sposób przejeżdżam jeszcze 3 piękne połoniny, las, szybkie szutry. Nie dotykam asfaltu w ogóle. W pewnym momencie natrafiam na trudne pastwiska, pełno tam brodów, bram, rowów. Na jednej z bram elektryczny drut wplątuje się w koło i dotykając zacisku hamulca kopie mnie kilkukrotnie w ręce. Na szczęście elektronika motocykla nie ucierpiała. Jest już mocno popołudniu więc postanawiam wracać do domu. Droga jest momentami monotonna, gdyż Rumuńskie zabudowania ciągną się wzdłuż asfaltów, miejscami jest jednak uroczo ciekawie. W domu jestem o północy, doceniam ogromny zasięg Grety na pełnych zbiornikach. 898km