Algeria - Desert Divers #1 - Djanet

The Rugged Rides 7/24/2026

Są dwa marzenia, które spełnię podczas tego wyjazdu. Ikoniczny Tassili n'Ajjer oraz góry Hoggar. Dzisiaj dojadę do pierwszego z nich.

Poranek jest przepiękny, słoneczny. Ściany kanionu zdradzają co czeka nas już za chwilę - zmiana krajobrazu i ogrom fantastycznych form zaklętych pod postacią licznych formacji skalnych. Śniadanie, kawa, namiot. Mimo że pierwotnie nasz track wiedzie starym traktem, dnem kanionu wzdłuż Oued Imirhou do Iherir, wybieramy nową, asfaltową RN-3. Serce boli, ale to cena jaką płacimy za marzenia. Wyruszamy pojedynczo. Umawiamy się na końcu asfaltu, dzieli nas już tylko 250km do miejsca skąd zaczniemy naszą podróżniczą ucztę.

Żeby tam dotrzeć, należy wpierw pokonać ogromny skalny płaskowyż, Fadnoun Plateau. Silnik mruczy miarowo, spokojnie. Kilometry mijają bez żadnego wysiłku. Jadę zrelaksowany. Przez całą drogę na zmianę rozmyślam i rozglądam się chłonąc krajobraz. Obrazy które mam przed oczami są iście księżycowe. Powierzchnię przecinają głębokie, labiryntowe szczeliny i suche kaniony ouedów. Wszystkie wyglądają na bardzo głębokie. Nie ma roślinności. Nie wyobrażam sobie jazdy po tych spękanych blokach gigantycznej kamiennej układanki. Gdyby nie drogi, to ten teren byłby dla nas nie do pokonania.

Fadnou kończy się nagle. Serpentyny asfaltu prowadzą 400m w dół, do samej powierzchni rozległej pustyni. Wszystko dookoła zaczyna iskrzyć złotem i głęboką czernią, spotykają się tu piasek Sahary i smoliste skały Tassili. Wkraczamy do raju.

Doganiam Kubę i Kondzia. Stoją na poboczu, coś mi się nie podoba w tej sytuacji. Okazuje się że Kondzio źle się czuję, z każdym kilometrem jest mu ciężej jechać. Ma problemy z oddechem, boli go w klatce piersiowej. Kiedy próbował mocniej nabrać powietrza to dostał blackoputu i prawie stracił równowagę, jadąc. Do tego wszystkiego jego tętno utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Konsultujemy te objawy przez Garmina z dwoma lekarzami w Polsce. Nasze przypuszczenia się potwierdzają: "to są objawy zawału serca, musicie jechać wykluczyć te podejrzenia do szpitala".

Stanowcze "Nie" wybrzmiewa bardzo dosadnie. Kondzio nie widzi takiej możliwości i jedyny kierunek w którym zamierza jechać to ten wyznaczony przez nasz track. Po prostu nie ma innego scenariusza. Ja podświadomie czuję że to nic poważnego, i w dziecinny sposób cieszę się z jego brawury. Kuba, swoim zwyczajem, jest bardziej przejęty. Jednakże… ruszamy!

Spadamy z asfaltu i każdy z nas wyrywa do przodu jak gdyby jutra miało nie być. Wszędzie dookoła strzelają w niebo fantastyczne formacje skalne, piętrzą się na kilkadziesiąt metrów. Jedne są ostre, postrzępione, inne przypominają zastygła magmę, są jak monolity. W tempie przelatujemy kilka ouedów i robi się coraz bardziej płasko. Teraz obieramy kierunek na Erg Admer. Krajobraz ponownie się zmienia. Robi się jaśniej, piasek jest prawie biały. Pojawiają się miraże, w wśród nich okazałe monolity. Jest skandalicznie piękne.

Spędzamy chwilę przy jednej z większych formacji po czym obieramy kurs na kanion Essendilene. Kiedy pokonujemy jego wrota, wpadamy w głębokie koleiny piasku. Od razu widać że jest to mocno uczęszczana trasa, w odróżnieniu do miejsc do których przywykliśmy przez ostatnie dni. Balans jest tutaj najlepszą kartą którą należy grać, do niego trzeba dołożyć jeszcze sprawne operowanie gazem, poza tym DR jest niesamowicie stabilna i posłuszna w kopnym piasku z koleinami. Rajdowo połykamy wszystkie kilometry, flow jest niesamowity, docieramy do końca. Z Kondziem zbijamy piątkę, "Nieźle jak na zawałowca!"…

Oprócz nas są tutaj przewodnicy, czekają przy samochodach na swoich turystów. Teraz powoli, czas zwalnia, parzymy kawę i obserwujemy jak na przeciwległym brzegu kanionu przesuwa się stado kóz. Kiedy ruszymy, będzie złota godzina, już widzę te wszystkie boskie kadry które dzisiaj złowię. Potem rozbijemy najwspanialszy biwak, pod tysiącem gwiazd, na złotym piasku, wśród czarnych skał.
- "Chłopaki, słuchajcie, chyba jednak musimy jechać do szpitala."
Nagle czas zwalnia do zera…
Nagle pomyślałem że to naprawdę może być zawał…

Targamy z Kondziem po asfalcie prosto do Djanet. Kuba został z Tomkiem, który ma wolniejsze tempo na piasku, a liczy się czas. Oczywiście, do Djanet wjedziemy skrótem. Zeskakujemy z głównej drogi około 5km przed rondem. Słońce zachodzi i ostatnie promienie rozświetlają podniesione przez nas tumany kurzu. Nagle wyrasta przed nami ostra wydma, wsparta na czarnej skale. Atakuję ją z marszu, niestety mniej więcej w połowie DR traci pęd, ma wyraźnie za mało mocy. Nie zastanawiając się ani nie zatrzymując, szerokim łukiem zawracam z powrotem na dół i jeszcze szerszym zakolem nabieram prędkości. 2, 3 w końcu 4 bieg, rollgaz w opór. Raz jeszcze atakuję wydmę. 4, 3…. 2 bieg, DR nie ma siły. Zostało już tylko kilkadziesiąt metrów. W akcie desperacji zrzucam nogi i odbijam się od piasku jak kangur. W jakimś transie udaje się dostać na szczyt. Zjeżdżamy na dół i wjeżdżamy do miasta. Mijani policjanci odprowadzają nas wnikliwymi spojrzeniami. Jest ich tutaj wszędzie bardzo wielu. Nie mamy czasu, jedziemy do szpitala.

Docieramy na miejsce gdzie powinien być szpital. Zamiast niego, widzę mur i oparte o niego stragany, do tego trzech młodych gości z dredami.
- "Bonsoir. Hopital?"
- "Bien sur, je suis le gardien de l'hopital."

Następnie wszystko dzieje się bardzo szybko. Kondzio zostawia mi wszystko i wchodzi do środka razem z dozorcą. Nadjeżdżają Kuba i Tomek. Kupujemy coś do picia i orzeszki w karmelu na osłodę chwili. Kondzio wysyła informację że pani lekarz jest bardzo miła, dodaje fotki kroplówki. Wszyscy czekamy na wyniki badań.

Niecałą godzinę później celuję telefonem i naciskam przycisk aparatu. Na selfie widać lekarza ze ściągniętą do połowy maseczką, naszą uśmiechniętą czwórkę oraz Hichama - naszego dozorcę. Badania wykazały zapalenie mięśnia oddechowego - bardzo zbliżone objawy. Prawdopodobnie od wyziębienia 2 dni wcześniej. Kondzio dostał zestaw leków i instrukcję na następne dni. Od razu widać po nim zmianę, uśmiechnięte oblicze i wulkan energii. Opieka lekarska w Algierii spisała się na medal, do tego wszystko otrzymaliśmy w gratisie, podobno tak traktują tutaj obcokrajowców.

Hicham pyta co teraz z nami będzie, chyba nie pójdziemy do hotelu, prawda? Jak się okazuje, możemy spać u niego w "jardin", gdzie ma swój dom, grilla i "piscine". Z nieba nam spadł, oczywiście że wybieramy tą opcję! Hicham wsiada na swój motocykl i jedziemy razem na jego bazę. Na miejscu rozkładamy namioty i dogadujemy się że my stawiamy zakupy, a Hicham przyrządzi wszystko na grillu. I to jest najlepszy grill jakiego dane mi było skosztować w całej Algierii. Doskonałe warzywa wraz z kurą smakują wybornie. Do tego Hicham okazuje się barwną postacią, jest Tuaregiem i gra Berber Blues w jednym z tutejszych zespołów. Dla nas też nieco gra. Grill, palmy, rozgwieżdżone niebo, dźwięki gitary i berberyjski śpiew Hichama, wieczór jest doskonały.

Show trwa dalej, jutro z samego startujemy nadrobić straty. Tassili jest nadal w rozkładzie!

Track: https://loc.wiki/t/275794486?wa=sc