Przed nami start do ostatniego etapu. Teoretycznie nie czeka nas już nic emocjonującego. Żadnego rajdu, żadnego wyścigu, żadnych dramatycznych przepraw przez pustynię. Po prostu, asfalt do portu w Algierze. Krajobraz będzie się zmieniał z częstotliwością właściwą dla Sahary, nie częściej niż raz na kilka godzin, a głównym przeciwnikiem staną się własne myśli. Czterech śmiałków. Cztery motocykle. Prawie 1800 kilometrów asfaltu, kilometry nużącej identyczności. Trzeba będzie to po prostu zmęczyć.
Stawka, co nieco dziwi, nie jest wyrównana. Tomek patrzy przed siebie z godnym podziwu spokojem. Właściwie to trochę nieuczciwe, jego Husqvarna, ubrana w rally kit, to niemal pełnoprawna rajdówka, która została stworzona do szybkiego pokonywania takich dystansów. Ja i Kuba dosiadamy poczciwych DR 650. Prawdziwe legendy. Stare thumpery, które od dziesięcioleci zjadają takie trasy na śniadanie. Pozostaje jedynie udowodnić, że wciąż to potrafią.
A potem jest Kondzio. Prawdziwy szaleniec. Jego ekscentryzm przybrał bardzo konkretną formę - KTM EXC 500. Ten wspaniałomyślny dżentelmen, sam z własnej i nieprzymuszonej woli uznał, że lekki motocykl enduro z małym bakiem i zdecydowanie offroadowym charakterem będzie idealnym narzędziem do pokonania niemal 1800 kilometrów asfaltu. Może nie będzie wygodnie, ale za to będzie mocno wibrowało. Nie zamierzamy podważać tej decyzji. Niech historia osądzi.
Jest mi trochę przykro że to już koniec, mieliśmy przygotowany niesamowity track powrotny, najpierw starą pistą TSH, potem gdzieś kanionami przez pustynie za In Salah, w końcu hamadą do gór północy i dalej w stronę stolicy. Kusi, ale nic z tego, rzeczywistość zaczyna nas już przywoływać z drugiej strony Morza Śródziemnego, musimy uruchomić w sobie resztki odpowiedzialności.
Ruszamy, wszędzie dookoła nas tańczy pył, piaskowa zamieć podświetlona jest na pomarańczowo przez wczesne słońce. Spektakl jest fascynujący, i gdybyśmy tylko poświecili na to kilka dodatkowych chwil, mogłyby z tego wyjść spektakularne zdjęcia. Tymczasem wychodzą zwyczajnie dobre.
Spodziewam się, że dzień nie będzie jednak taki nudny, wszystko wskazuje na to że nadciąga burza piaskowa. Pierwsze kilometry pokonujemy jednak w miarę bezboleśnie. Wiatr jest silny, ale nie unosi wiele piasku. Za to widoki są fascynujące. Znajdujemy się na przedpolu pasma Tefedest. Płaskie połacie żółtej pustyni pełne jest czarnych form skalnych, w najróżniejszych formach i obsypanych małymi wydmami piasku. Zapamiętuję dokładnie miejsca, aby wrócić tutaj i poprowadzić kiedyś track przyszłej podróży.
Sprawnie rolujemy asfalt i docieramy do Arak, skupiska kilku budynków w gardle kanionu, jedynego w okolicy miejsca, którym można przejechać dalej na północny zachód. Wbrew wcześniejszym moim przypuszczeniom nie stanowimy żadnej sensacji, nikt się nami nie interesuje, i to pomimo dwóch godzin, które spędzamy na iście królewskim śniadaniu. Bardzo dobrze.
Po wyjechaniu z kanionu zaczyna się burza. Niebo robi się ciemne i przybiera kolor pustyni. Jedziemy w sporym przechyle. Igiełki piasku wbijają się boleśnie w skórę twarzy. Nie zatrzymujemy się jednak, wciąż jedziemy z prędkością około 100km/h mając w głowie cały czas ten sam cel - Algier, jutro.
Mijamy sporo czarnych młodych chłopaków, idą poboczem drogi, na północ. Kim są, co tu robią? Być może to imigranci, a może to legendarni pracownicy którzy w końcu trafiają do miejsc gdzie poszukuje się złota? Sporo z nich macha do mnie w geście proszącym o wodę. Niech to, nigdy nie byłem pewien czy to zwyczajny scam aby kogoś zatrzymać a potem przejść już do poważniejszych żebrów, czy naprawdę chcą tej wody. Jadę dalej, ale nagle coś mnie zastanawia. Postanawiam zawrócić i dać im tę wodę. Radość na twarzy chłopaka jest prawdziwa a jedna butelka wyciągnięta zza gumy nic mnie nie kosztuje.
In Salah. Checkpointy przechodzą właściwie bez problemu. Tankujemy. Wszystkie motocykle spaliły więcej niż zakładaliśmy. Silniki, ramy, plastiki, wszystko jest wypiaskowane od burzy. Cieszę się, DR będzie już teraz zawsze nosiła na sobie saharyjskie ślady. Sprawdzam radar pogodowy, właśnie przejechaliśmy epicentrum burzy, gdzie wiało najmocniej. Od teraz z każdym kilometrem będzie łatwiej.
Przejeżdżamy jeszcze niecałe 400km kiedy dzień zaczyna się kończyć. Not grejt, not teribel. Stacja z paliwem i niewielkim sklepem trafia się w idealnym momencie. Jest dobrze, na nocleg lecimy w pobliskie wydmy, kilka kilometrów od asfaltu.
Już po zmroku siedzimy na szczycie jednej z nich i kontemplujemy wszystko dookoła popijając zimną colą. To ostatni nocleg na pustyni. Nagle ktoś wpada na pomysł żeby przeserwisować nieco maszyny. Ok, w sumie mam zacięte ssanie, a przyda się też podciągnąć napęd. Kiedy dotykam tylnego koła, odkrywam że ma spory luz boczny. Wiedziony narkotycznym optymizmem stwierdzam że spokojnie na tym dojadę do promu, przecież to tylko asfalt. Jednak Kondzio nie wierzy w takie bajki, ściąga koło i stwierdza absolutny zgon łożysk. No cóż, przynajmniej zwiedzimy centrum El Menia o poranku. Kiedy zasypiam, trochę myślę o tych łożyskach. SKF Explorer, nie miały żadnego luzu przed wyjazdem, sprawdzałem to dokładnie.
Rano wbijamy się do centrum i szukamy dzielnicy motoryzacyjnej. Nic nie widzę, ale trafia się stacja benzynowa. Podchodzę do jednego z pracowników i pokazuje mu na migi w czym rzecz. Szybko załapuje. Wykrzykuje kilka razy "roulement", "roulement" wskakuje na skuter i każe jechać za sobą. Kupujemy najlepszy towar w sklepie i wracamy na stacje. Możemy zmienić łożyska w warsztacie na miejscu, dostajemy go do dyspozycji wraz z całym wyposażeniem. To jest potęga takich miejsc, w głębi pustyni, ludzie pomagają sobie w potrzebie.
Dalsza droga to już typowe zmiany po 200km. Dla zdobywania dystansu najważniejsza jest skuteczność, nie prędkość. Jedziemy przynajmniej 200km za każdym razem zanim się zatrzymamy. Postoje są krótkie. Mimo to do Algieru docieramy po północy. Nie ma wolnych hotelów. Właściciel jednego z nich jeździ ze mną po mieście starając się znaleźć dla nas wolne pokoje. Nic z tego. W końcu udaje mi się namierzyć jakiś hostel za pomocą bookingu, tylko dlatego że nie przeładowałem strony w telefonie i nadal wyświetlały się wyniki z poprzedniego dnia.
Algier to fascynujące miasto. Jego starożytne dzieje są dosyć rozmyte, wiemy że istniała tu osada handlowa założona przez Fenicjan. Rzymianie nazywali miasto Icosium. Przez kolejne stulecia przechodziło ono przez ręce różnych władców i państw. Chyba najbardziej szalony rozdział w historii miasta ma jednak związek z korsarzami.
Na początku XVI wieku Algier był jednym z miast Maghrebu, które miały problem z Hiszpanami próbującymi zbudować własne przyczółki na wybrzeżu Afryki Północnej. W 1529 roku słynny korsarz Barbarossa (Hizir Reis) zdobył należącą do Hiszpanów skalną wysepkę Penon, znajdującą się przed Algierem. I zrobił coś bardzo praktycznego, połączył ją z lądem ogromnym molem. W ten sposób powstał znacznie bezpieczniejszy port. Algier stał się dzięki temu bazą wypadową dla całej korsarskiej floty.
Barbarossa oddał miasto sułtanowi osmańskiemu. Dzięki temu dostał wsparcie wojskowe i potężnego sojusznika przeciw Hiszpanii. Od XVI do początku XIX wieku Algier był praktycznie niezależnym państwem pirackim działającym pod zwierzchnictwem Imperium Osmańskiego.
W 1541 roku pod Algierem pojawiła się armada Karola V Habsburga, jednego z najpotężniejszych władców ówczesnego świata. Wyprawa była wielka i zakończyła się katastrofą. Hiszpanie zostali pokonani, a sztorm rozbił znaczną część ich floty. To wydarzenie miało ogromne znaczenie symboliczne, potężny cesarz przyjechał zlikwidować korsarskie gniazdo i wrócił z niczym.
Korsarze byli jednocześnie żołnierzami, marynarzami, kupcami, politykami i właścicielami ogromnych majątków. Państwo czerpało pieniądze z łupów, wykupu jeńców, handlu i działalności morskiej. Algier stał się jednym z najważniejszych ośrodków korsarstwa na całym Morzu Śródziemnym. Europejska propaganda przez wieki przedstawiała Algier jako gniazdo piratów, a na myśl o nich europejskich żeglarzy ogarniał strach.
Algierscy korsarze porywali ludzi z całego basenu Morza Śródziemnego, także z lądu, z wybrzeży Francji, Włoch czy Hiszpani. Jedna z takich wypraw dotarła aż do Islandii, w 1627 roku podczas tzw. Tureckiego Nalotu (Turkish Abductions) piraci uprowadzili prawie 400 Islandczyków, wioząc ich z północnego Atlantyku do niewolniczych targów w Algierze.
Niewolnicy chrześcijańscy w Algierze mogli czasem wykupić wolność albo przejść na islam i dołączyć do korsarzy jako tzw. renegaci. Wielu europejskich kapitanów pirackich w Algierze to byli właśnie nawróceni Europejczycy - Holendrzy, Anglicy, Włosi. Miguel de Cervantes, autor "Don Kichota", spędził pięć lat jako niewolnik w Algierze po tym, jak jego statek został zaatakowany przez korsarzy. Próbował uciec aż czterokrotnie.
Świeżo powstałe Stany Zjednoczone prowadziły z Algierem regularne wojny, tzw. wojny berbaryjskie. Płaciły haracz, by chronić swoje statki handlowe. To jeden z powodów powstania US Navy jako stałej siły morskiej.
Co ciekawe, i mimo powszechnemu wyobrażeniu, już wtedy Algier był miastem kosmopolitycznym. Do Algieru przybywali ludzie z bardzo różnych miejsc, Turcy, Arabowie, Berberowie, Europejczycy, Żydzi, chrześcijańscy jeńcy, kupcy, marynarze i korsarze. Było to miasto portowe, więc mieszały się tutaj języki, religie, kultury i pieniądze. Już w XVI wieku Algier miał około 70 tyś. mieszkańców, co jak na tamte czasu było znaczącą liczbą.
Z korsarską historią związana jest też architektura miasta. Dzisiejsza stara dzielnica, Kasbah, nie została zaprojektowana według eleganckiego planu urbanistycznego, zamiast tego wspina się po zboczu w nieuporządkowanym haosie. Tworzy gęsty labirynt wąskich uliczek budowany specjalnie tak, by dezorientować najeźdźców i utrudniać ostrzał artyleryjski od strony morza. Domy są usadowione tak blisko siebie, że w niektórych miejscach sąsiedzi mogli przechodzić z dachu na dach. Izby mają mało okien, wąskie wejścia, to zapewnia prywatność oraz chłód.
W 1830 roku Francuzi zdobyli Algier, przez przypadek. Absurdalnym pretekstem stała się dyplomatyczna kłótnia o długi zaciągnięte przez Francję. Dej Algieru, rozzłoszczony odmową jego spłaty, uderzył francuskiego konsula łapką na muchy. To był pretekst do inwazji, choć prawdziwe powody były oczywiście gospodarcze i polityczne. Francuzi postanowili przykładnie ukarać deja i rzeczywiście, bez problemu, zajęli miasto. Początkowo wcale nie zamierzali przejmować nad nim pełnej kontroli, ale po ogłoszeniu że szukają następcy obalonego deja… nikt się nie zgłosił.
Francuzi zbudowali charakterystyczną, europejską część miasta z szerokimi bulwarami w stylu haussmannowskim, która dziś sąsiaduje bezpośrednio ze średniowieczną Kasbą. Efekt jest wizualnie surrealistyczny, to dwa zupełnie różne miasta stykające się ze sobą i ale nie przenikające nawzajem.
Od rana zwiedzamy jedno i drugie. Najpierw potężne korki do centrum, miasto odwiedza prezydent Mauretani. Potem przecudowna Kasba i Ville Nouvelle. Uwielbiam takie patynowe zakątki, miejsca które nie są odnowione, tylko w których historia miesza się z teraźniejszością. A ta jest taka, że obecni gospodarze zmienili elegancką francuską zabudowę na swój sposób. Obdrapane mury, kołtuny elektrycznych przewodów, maleńkie zakłady rzemieślnicze pracujące pełną parą, niekończące się sznury prania na balkonach… Błąkamy się do późna i żałuję że mamy tak mało czasu. Kupujemy algierskie wino, a ja dodatkowo w jednej z manufaktur mosiężny czajniczek, tzw. berrad.
Nazajutrz kończymy naszą przygodę. Była wspaniała, warta każdej chwili. Jeszcze na granicy, drzemiąc na ziemi w kolejce samochodów, rozmyślam nad powrotem. Sahara uwodzi i zostawia w nas swoje odbicie, niezwykłą ciszę, która wypełniała każdą noc pod gwiazdami, bezkres, w którym człowiek czuje się jednocześnie maleńki i w pełni obecny. Ona nie krzyczy o uwagę, po prostu czeka, cierpliwie, aż wrócisz.


































































Leave a comment