Przeliczyliśmy pozostałe dni. Jasne, na początku zeszło nam trochę niepotrzebnego czasu z eskortami, potem dołożyliśmy sobie dodatkowy detour na pustynię. Ale prawdę mówiąc, zabrakło nam w pierwszych dniach czegoś bardzo ważnego - determinacji.
Robiąc Dakar czy nawet mniejsze rajdy po Maroko lub Tunezji wyciskaliśmy codziennie maksa. Pobudka po ciemku, szybki wyjazd na trasę, autentyczna praca nad dystansem po drodze. A teraz? Zaczynamy dzień może i wcześnie, ale później spokojna kawka, dłuższe postoje, ogólnie rozluźnienie. Wszystko dlatego, że do tej pory nikt z nas naprawdę nie wierzył, że uda nam się przebić na południe i z powodzeniem, bez eskorty, przejechać dalej. Jednak jesteśmy tu, w BOD, mamy paliwo i wszystko czego potrzebujemy i nagle czuję jak pojawia się ogromna determinacja do tego aby wykorzystać pozostałe dni do maksimum, dopiąć pętlę najpierw do Djanet, a potem jeszcze w góry Hoggar. Ruszamy więc wcześnie. Od teraz wykorzystamy każdą godzinę która nam tutaj została, wracamy do gry!
Robimy jeszcze szybkie zakupy w mieście. Kiedy pod sklepem na chodniku pakujemy wodę i prowiant, podjeżdża żandarmeria. Koledzy pytają czy wszystko u nas ok. Oczywiście, bien, jedziemy!
Przed nami legendarna i surowa Graveyard Piste. Przepiękna trasa, obfitująca w starożytne przed-islamskie grobowce, ale również wraki pozostawionych pojazdów. To ponad 450km do Illizi. Wpierw wzdłuż Erg Tifernine, a potem już właściwą pistą przez szeroką dolinę wiodącą pomiędzy Ergiem Issaouane a płaskowyżem Tassili N'Ajjer. Czuję do niej spory respekt. Może nie jest to tak długi odcinek jak ten który właśnie skończyliśmy, ale obfituje w wiele niewiadomych. Spodziewam się sporo więcej jazdy w piasku, do tego stopnia że obawiam się czy nie zamieni się to w pewnym momencie w przeprawę przez pola wydm. Taki scenariusz byłby na pewno ciekawy, ale nie mamy na to czasu Tak czy owak, jestem przekonany że trasa będzie wymagająca i czeka nas sporo pracy. Wstępnie nastawiamy się na biwak gdzieś w 2/3 odległości do Illizi.
Ale jest jeszcze coś, temat który dość wnikliwie rozpoznałem, który wydaje się być obecnie już uspokojony, ale to wciąż rzecz która zwyczajnie nie daje mi spokoju - porwania.
Temat porwań na Saharze, ze szczególnym uwzględnieniem Algierii, to historia przekształcenia się tej absolutnie fantastycznej krainy w jedną z bardziej niebezpiecznych stref w Afryce. Kluczowym momentem zwrotnym, który na zawsze zmienił oblicze pustynnego overlandingu, był kryzys zakładników w 2003r, a więc tylko rok po zakończeniu krwawej wojny domowej.
W marcu tego roku 32 europejskich turystów zostało porwanych w rejonie pomiędzy Bordj Omar Driss a Illizi. Celem byli podróżnicy we własnych samochodach i na motocyklach. Podzielono ich na dwie grupy i trzymano w ukryciu, gdzieś w kanionach ciągnących się wzdłuż Graveyard Piste. Przez długi czas nie było z nimi kontaktu, nie wiedziano gdzie są przetrzymywani. W maju Algierskie siły specjalne przeprowadziły brawurowy rajd na jedną z kryjówek, uwalniając 17 zakładników i zabijając terrorystów. Pozostała część porywaczy uciekła z 15 zakładnikami przez granicę do północnego Mali. Tam, w skrajnie trudnych warunkach pustynnych, jedna z niemieckich zakładniczek zmarła z powodu udaru cieplnego. Ostatecznie w sierpniu reszta zakładników odzyskała wolność. Według powszechnych doniesień zapłacono za nich gigantyczny okup, szacowany na około 4,6-5 milionów euro, sfinansowany nieoficjalnie przez europejskie rządy.
Niestety na tym się nie skończyło. Nasilający się ekstremizm wywołał falę nowych porwań, które powoli doprowadziły do załamania Saharyjskiej turystyki. W wielu przypadkach porwani byli ograbiani i sprzedawani dla okupu do islamskich milicji, wliczając w to Al Qaeda of the Islamic Maghreb (AQIM) oraz grupy pod wpływem ISIS takie jak Islamic State in the Greater Sahara (ISGS, Państwo Islamskie Wielkiej Sahary).
Punktem kulminacyjnym była masakra w In Amenas. To najbardziej krwawy atak terrorystyczny na infrastrukturę energetyczną w Algierii. W styczniu 2013r około 40 uzbrojonych terrorystów powiązanych z grupą AQIM napadło na zakład przetwarzania gazu w pobliżu miasta In Amenas. Napastnicy przybyli z terenów Libii i Mali. Zakładnicy pochodzili z wielu krajów, m.in. z Wielkiej Brytanii, Japonii, Norwegii, Francji, USA i Filipin. Łącznie na terenie kompleksu znajdowało się około 800 pracowników różnych narodowości. Algierskie siły specjalne zdecydowały się na szybki szturm, nie prowadząc długich negocjacji. Bilans ofiar był tragiczny, zginęło 39 zakładników, algierski ochroniarz oraz 29 terrorystów.
Atak w In Amenas pokazał, że nawet silnie chronione instalacje energetyczne mogą stać się celem dobrze przygotowanych grup terrorystycznych, co dopiero pojedyncze osoby na środku pustyni. Proceder przybierał na sile, jednak na skutek stanowczej reakcji państwa Algierskiego, przenosił się teraz coraz bardziej na południe, do krajów takich jak Mali czy Niger.
Dzisiaj porwania obcokrajowców w Algierii to rzadkość, ale nie zniknęły zupełnie. Kraj na długie lata został zamknięty na swobodny wjazd własnymi pojazdami. Turyści docierali na miejsce samolotami, byli cały czas pod nadzorem oficjalnych guidów oraz prowadzeni w konwojach żandarmerii. Wiele legendarnych pist i całe regiony przestały być dostępne.
Obecnie Algierskie wojsko zdaje się kontrolować większość obszaru Sahary na południu, a wzdłuż granicy z Mali został wybudowany berm, podobny do tego który niegdyś wzniesiono w Maroko w celu powstrzymania szalenie efektywnych rajdów Sahrawi z frontu Polisario.
My, poza kilkoma wyjątkami, poruszamy się poza utartymi szlakami, po swojej własnej trajektorii. Pojawiamy się i zaraz znikamy na pustyni. Raczej mało kto zwróci na nas uwagę, a tym bardziej nie przewidzi gdzie się wyłonimy. Nie świecimy się z daleka. Nie sądzę by groziło nam niebezpieczeństwo.
Stoję na niewielkim wzniesieniu, chcę się rozejrzeć. Wydmy są jeszcze mokre, w powietrzu unosi się sporo wilgoci, za to słońce operuje już pełną mocą. Kontrasty miękko układają pomiędzy nimi, tworząc nieco baśniowy obraz. Kolor pomarańczowy jest tak żywy, jakiego nigdy jeszcze nie widziałem na pustyni.
Absolutnie oszałamiająca nitka jasnego szutru prowadzi wprost na południe, znika za horyzontem. To najpewniej nowa droga, wydaje mi się że klasyczna pista nie była tak szeroka i gładka. To chyba nawet dobrze, pojedziemy nią znacznie szybciej. Stara pista zostanie na inny raz, wtedy połączę ją pewnie z wariantem na około Erg Tifernine, to ponad 800km autonomii i brzmi jak cudowna przygoda.
Prawdopodobnie ostatnie przejazdy Graveyard Piste dokonane przez podróżników miały miejsce wiele lat temu. Czy będziemy zatem pierwsi? Myślę że nie będzie już żadnego checkpointu który mógłby nas zawrócić lub przejąć, chyba znowu daliśmy radę. Z zamyślenia wyrywa mnie Kondzio, przelatuje po wydmach obok i znika w oddali. Ruszam!
Początkowo wypatruję w oddali wszelkich oznak pojazdów, jakiejkolwiek bytności ludzi. Nic, poza dwoma samochodami jeszcze na wylocie miasta nie ma tu nikogo i niczego. Droga którą się poruszamy to ewidentnie nowy wariant, cieszy mnie to że pozostał szutrowy, asfalt w tym miejscu zupełnie zniszczył by majestat tego miejsca. Gdzieś po mojej prawej majaczą skupiska palm. To musi być miejsce na starej piście, studnia lub oued znajdujące się za Gara Khanfoussa. Lecimy dość żwawo, kolejne kilometry przychodzą z łatwością. Widoki po obydwu stronach są spektakularne.
Coraz częściej robię sobie małe detoury na fantastyczne wydmy Erg Issaouane. Po jakiś 120km razem z Kondziem przejeżdżamy tak testowo kilka kilometrów. Ale to by musiała być przygoda, gdyby kiedyś zorganizować wyprawę wprost przez takie duny!
Docieramy do okolic Oued Irarraren, w powietrzu unosi się coraz więcej pyłu. Znowu zachwycam się tym co widzę dookoła. Żywa zieleń roślinności kontrastuje z powietrzem pełnym piasku niesionego przez wiatr, wielbłądy a nieco później stada kóz, termitiery i bajeczne tło wyniosłych ergów, na dokładkę do tego wszystkiego - bociany, wszystko to tworzy niesamowity baśniowy klimat, wpadający w tony różu, lekko zamglony.
Obecność zwierząt i ludzi świadczy o tym że zbliżamy się do Illizi. Nowa droga pozwoliła nam bardzo sprawnie pokonać dystans do miasta. Skoro poszło nam tak dobrze to podbijamy stawkę i jeszcze dzisiaj postanawiamy wjechać do Illizi, zaprowiantować się na kolejny odcinek i rozbić biwak już za miastem. Niestety, ceną za to będzie rezygnacja z detouru w kierunku Lac Menghough, jeziora okresowego, które po raz pierwszy zostało opisane przez ekspedycję Flattersa w 1880r. Bardzo lubię odwiedzać tego typu ikoniczne miejsca, szczególnie że wyprawa Flatersa stała się swojego rodzaju symbolem w historii eksploracji Sahary.
Do samego Illizi, standardowo już, wjeżdżamy wprost z pustyni i wtapiamy się w tłum. Sama końcówka to już niestety asfalt. Jesteśmy już tak blisko Djanet i całego Tassili, że nie chcemy kusić losu i robiąc zbyt dużo zamieszania wokół siebie spowodować że ktoś uzna że przyda nam się eskorta. Staramy się więc nie rzucać w oczy, stacja jest po drugiej stronie rzeki, więc pokonujemy ją korytem. Zakupy i jedzenie ogarniamy na uboczu. Z miasta wyjeżdżamy prosto w kierunku upatrzonego wcześniej kanionu. Tam zakładamy biwak.
Wieczorem księżyc jest w pełni, przy jego świetle i z czołówkami na głowach robimy serwis maszyn. Głównie drobnostki i wymiana oleju w EXC. Na kolejne dni mamy plan maksimum, bierzemy wszystko - Djanet i Tassili N'Ajjer, potem custom track na zachód, góry Hoggar i Tamanrasset.
Track: https://loc.wiki/t/275531202?wa=sc











































Leave a comment