Jaskrawy, żółty piasek i wyblakłe niebo, takie kolory miały migawki które pamiętam z dzieciństwa. Oglądałem je z zapartym tchem gdzieś na migoczącym ekranie szklanego telewizora. Wtedy nie wiedziałem co znaczą, nie rozumiałem jakiego wyczynu dokonują Neveu, Auriol, Peterhansel, czy Gaston Rahier. To jednak wystarczyło aby w mojej dziecięcej głowie wskrzesić płomień, który teraz kiedy mam takie możliwości ożył i rozpalił na dobre zafascynowanie Afryką.
Ponad ćwierć wieku później siedzę na promie i patrzę z uśmiechem na przybliżający się skalisty brzeg, pokonuję cieśninę Gibraltarską. Myślę gdzie dzisiaj spędzę noc, chyba zdecydujemy się na rajd po ciemku do Chefchaouen. Wszystko idzie bardzo dobrze, mamy doskonałe tempo, jeszcze w piątek po pracy wyruszaliśmy z domu, a jest wczesny niedzielny wieczór i zaraz dotkniemy lądu w Tanger Med...
Zaczęło się niepozornie, od bardzo prostego pytania do Kuby, Pitera i Tomka. 3 x Tak. Mając ekipę 4 sprawdzonych i wyznających te same podróżnicze ideały pasjonatów, reszta była już tylko prostą drogą do celu. Prostą to nie znaczy że łatwą. Przygotowania zaczęliśmy już na początku jesieni, na pół roku przed wyjazdem. Serwis i długie godziny w garażu, wyrywanie wartościowych strzępów informacji z forów, grup i od znajomych, rysowanie tracka, ekwipunek... Nic nie zostawione przypadkowi. Motocykl przygotowany kompletnie, z poprawioną filtracją i chłodzeniem. Dokładnie przemyślane rzeczy które zabieramy , tak aby całość rozłożyć na nas czterech, w tym narzędzia i zapasowe części do maszyn. Cztery takie same motocykle. Odchudzony bagaż, tylko 6kg na stronę. Benzynowa kuchnia, radio do komunikacji, dodatkowe worki na paliwo i wodę. Większość elementów bagażu mających przynajmniej dwie funkcje... i najważniejsze - pełny miesiąc czasu! Ten Dakar ma być w jakiś sposób podobny do oryginalnych rajdów. Chcę żeby było intensywnie, ciężko, w 100% bez asfaltu. Dlatego trasę planuję ambitnie. Od początku myślimy o późnych biwakach i pobudkach jeszcze przed wschodem słońca. Chcemy serwisować maszyny i gotować sobie jedzenie już po ciemku, w świetle czołówek. Chcemy zmierzyć się ze zmęczeniem. Możliwe że każdy z nas chce po prostu zmierzyć się z samym sobą. Pamiętam takie jedno ustalenie odnośnie wody, które wtedy padło: "będziemy pić małymi porcjami, rozsądnie, tak żeby woda przez nas nie przeleciała, to nie będą wczasy". Jeszcze przed wyjazdem, na samą myśl o tym co nas czeka, czuję taką trudną do wyrażenia słowami radość i dreszcz egzotycznych emocji, jak ten mały chłopiec oświetlony blaskiem telewizora.
Niedługo stajemy przed potężnym dylematem. Początkowo chcemy jechać pełnym trybem wyprawowym, na kołach z domu do portu w Genui i stamtąd rejsem do Maroka. Chcemy poczuć na własnej skórze każdy zdobyty kilometr. Niestety prom płynie długo i wyrusza w idiotycznym terminie, pośrodku tygodnia. Pragmatyzm zwycięża romantyczne wyobrażenia i wynajmujemy busa. Nasz Dakar rozpocznie się z Malagi.
Na miejsce startu docieramy szybko i bez przygód, no chyba że ecodrajwin Pitera uznać za przygodę :-) Podejmujemy chłopaków i po chwili cudaczenia po asfaltowych dróżkach znajdujemy się w porcie. Tam standardowa zabawa z naciągaczami, którym się wydaje że sprzedadzą nam bilet drożej niż w oficjalnym punkcie przewoźnika, geniusze! Oczywiście, w bilety zaopatrujemy się normalnie i wyłapujemy najbliższy nam prom. Kilka chwil błogiego kołysania posyła nas wprost w objęcia Afrykańskiej ziemi. Przy powszechnych spojrzeniach zrozumienia przelewamy zakupione na pokładzie środki spędzania czasu na biwakach i kierujemy się do budek celników oraz duane. Pamiętając jak to wygląda w Ceuta, nastawiam się na jakieś większe przygody, ale nie, nie ma żadnych efektów specjalnych, w Tanger Med wszystko przebiega wręcz wzorowo. Myślę że przy kolejnych wyjazdach będę zawsze starał się wybierać ten właśnie port. Wciąż jesteśmy na odcinku dojazdowym, właściwy track zaczyna się w Errachidia. Na koniec dnia decydujemy się podlecieć jeszcze asfaltami do Chefchaouen. Ostatnio wyczytałem gdzieś że to najbardziej instagramerski punkt na mapie Maroka, hmmm…. Wieczór nie rozczarowuje, mamy naprawdę klimatyczną metę, doskonałe tadżiny i inne dobrości. Zasypiając raz jeszcze uśmiecham się w myślach do tego jak dobrze nam idzie, i jak gładko jedzie Greta. Po całym serwisie który wykonaliśmy przez zimę jest nie do poznania i zachowuje się jak nowy motocykl prosto z salonu!
Planujemy aby kolejny, drugi dzień, był ostatnim odcinkiem dojazdówki. Rano nie bardzo jeszcze wiemy co czeka nas w górach, oglądamy za to pierwsze pejzaże Maroka, zawsze zielone góry Rif, antyczny Volubilis, trafia się zupka Hssoua, jakiś tadżin, wymieniamy flotę, słowem nudnawa asfaltowa sielanka... Do czasu. Zmianę zwiastują napotkane na poboczu małpki, w ich łapczywych spojrzeniach odbija się śnieg. Od tego momentu łapiemy nieco większe wysokości i jedziemy w permanentnym śniegu, temperatura nie spada poniżej zera, ale kilometrów do nawinięcia jest całkiem dużo. Tydzień wcześniej Maroko nawiedziła jakaś sromotna katastrofa klimatyczna, wszyscy o tym pisali a ludzie byli uwięzieni często w miejscach gdzie ich zasypało. Z początku cieszymy się, robimy zdjęcia, ale z biegiem czasu zaczynam się zastanawiać ile jesteśmy w stanie znieść takiej jazdy. Niby braliśmy tą okoliczność pod uwagę, ale hej, jedziemy na Saharę! :-) Przy okazji, po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu że warstwowy sposób ubierania się na moto jest o lata świetlne lepszy niż klasyczne kombinezony. Prawdziwa, wysokiej klasy puchówka na zbroi zabezpieczona z zewnątrz porządną membraną nie ma sobie równych.
W końcu po kilku godzinach wylatujemy po drugiej stronie małego Atlasu, wprost do Midelt. Zmierzcha, wieje i jest zimno, a przed nami jeszcze Atlas! Rozmawiamy, kiełkują pomysły aby się przebić jeszcze tego dnia po ciemku w okolice początku traka, albo rozbić namioty... Te wszystkie pomysły odlatują dosłownie z wiatrem po ściągnięciu kasku przed sklepem, wiatr chce mi urwać głowę. Decydujemy się że skoro jesteśmy jeszcze na dojazdówce to zafundujemy sobie wyro z sufitem. Ostatni raz.
Rano zbieramy się szybko, widać że wszyscy maja w głowach że zostaliśmy trochę z tyłu za rozkładem jazdy. Przed wyjazdem podzieliłem całą trasę na odcinki, tak aby wiedzieć mniej więcej jak nam idzie i czy jesteśmy na dobrej drodze aby dotrzeć do Dakaru na czas. Wciąż znajdujemy się na pierwszym z nich. Miejscami leży jeszcze lód. W promieniach wczesnego słońca wspinamy się w góry i pokonujemy je na strzała. Śniadanie wciągamy dopiero w Errachidia, gdzie w ulicznym street foodzie odbywa się na nasze potrzeby prawdziwa improwizacja, czego tu nie ma :-). Ściągamy z siebie ciepłe warstwy, tankujemy pod korek wszystkie baki, nabieramy prowiant... Zaczyna się to po co tu jesteśmy - droga do Dakaru śladami rajdów! Wbijamy się na przepiękny i pełen zróżnicowania Citroen track. Historia jest taka że prawie sto lat wcześniej właściciel salonów tej marki z Casablanca'i stracił tu życie podczas napadu. Mamy nadzieje na odrobinę więcej szczęścia :-) Nos Grety kieruję w stronę pustyni. Na scenę wchodzą wszystkie skryte dotąd emocje, wszystko na co czekałem. Otwarta hamada prowokuje, wywołuje entuzjazm. Powietrze przeszywa ryk silników. Lecimy całość w przepięknym rytmie. Każdy mając w nawigacji ten sam track może pozwolić sobie na pełnie swobody. Do tego służą też radia które zabraliśmy z domu, kiedykolwiek chcemy się przywołać lub sprawdzić czy wszystko ok, robimy to zdalnie, nie musimy ciągle się widzieć.
W taki sposób szybko osiągamy wydmy w Merzouga. Zatrzymujemy się, umawiamy się że to dopiero początek wyjazdu, na dziczenie w piasku przyjdzie jeszcze czas, że pokonamy wydmy lekkim bokiem pilnując się nawzajem. Nie jestem też pewien jak sobie poradzi Greta, ma 30 litrów paliwa i bagaż na pokładzie. Ruszamy, ale jedzie mi się jakoś nieswojo. Postanawiam odczarować to spięcie i rozkręcam mocno maszynę. Dosłownie zaraz łapie potężnego high-side'a i ląduje twarzą w piachu. Zrywam się i natychmiast ruszam dalej, to najlepszy sposób aby nie pospinać się i nie zacząć jechać bez sensu zachowawczo. Udaje się, podkręcam nieco amor skrętu i skręcam ku wysokim czubom wydm. Zaczyna się… :-) Jakąś godzinę później próbuje wywołać Kubę przez radio, on jest gdzieś za dwiema wydmami z lewej, Tomek i Piter znajdują się w dole a ja stoję sobie obok zwalonej na bok Grety na zboczu ogromnej wydmy. Ciężko łapię oddech ale pod kaskiem śmieje się do siebie prawie na głos. Jaka magia drzemie w tych górach piachu że tak łatwo czarują człowieka? Trzeba się zbierać! Jedziemy rozbić pierwszy biwak, słońce zachodzi prawie nagle i ostatnie kilometry pokonujemy po ciemku…
Track: Wikiloc - 2023 Dakar Stage 1 (The Rugged Rides)





































Leave a comment