Dakar 2023 - Stage 4 - Retreat

The Rugged Rides 12/16/2023

Lubię wyzwania, długie dystanse, lubię upały, uporczywą jazdę przez kilkadziesiąt godzin non-stop, kurz. Nigdy się nie poddałem, do teraz.

Wstajemy niezwykle wcześnie. Zdecydowaliśmy przeciąć pustynię z miejsca gdzie nocujemy, wprost do Ataru, w lini prostej. Prawie wszystkie tracki w jakiś sposób trzymają się linii kolejowej, albo przynajmniej omijają erg szerokim łukiem. My jednak poczuliśmy się pewnie, pojedziemy tak jak Dakar. Potrzebujemy tylko czasu. Chcemy czuć się bezpiecznie wiedząc że mamy zapas. Druga sprawa to widoczność. Kiedy słońce znajdzie się w zenicie, nie będzie widać zarysów wydm, nie będzie cieni, wszystko zleje się w jednolity pomarańcz.

Jesteśmy gotowi do startu. W tym samym momencie słońce wychodzi zza horyzontu i rzuca czerwień na Ben Amerę. Dron! Rozumiemy się bez słów, Kuba w zasadzie odruchowo składa aparaturę i podnosi drona w powietrze. Na ekranie widać że ujęcia będą grube...

Mniej więcej trzy godziny później stoimy w miejscu skąd rozpościera się widok na erg. Stąd zaczniemy. Zrobiło się późno. Najpierw, z samego rana, uciekł nam dron, porwał go wiatr i udało się go odnaleźć jedynie dzięki heroicznemu wyścigowi, który Kuba stoczył z czasem, biegnąc w butach enduro przez pustynię. Udało się, złapał resztki zasięgu i tym samym pozycję drona. Potem straciliśmy czas na poszukiwaniu wody. A kiedy wydawało się że w końcu ruszymy, pojawił się pociąg. W najdłuższej konfiguracji, w idealnym świetle, z Ben Amerą w tle, z Kubą i Tomkiem na pierwszym planie. Magia i prawdziwa fotograficzna uczta. Co za splot wydarzeń! Dopiero teraz zauważyłem że Ben Amera przypomina słonia, ma oczy, trąbę opartą płasko na powierzchni spieczonej słońcem, leży, odpoczywa, jest spokojna i mruży powieki w rozkoszy.

Patrzymy na siebie, poniżej rozpościera się płaska patelnia, za nią są już wydmy. Widok jest nieziemski! To pierwszy raz kiedy wjedziemy w wydmy przez które nie idzie żadna droga, którędy nie jeżdżą ludzie, gdzie nic nie ma, tylko piasek. Przed nami kilkadziesiąt kilometrów, później jest cywilizacja, Atar. Jest coś nieprzyjaznego w tym miejscu. Wydmy są niewysokie, ale zdradzieckie. Rodzaj piasku zmienia się pod kołami w każdej sekundzie, nachylenie wydm także. Pełno jest dołów. Nie mogę złapać rytmu. Przypominam sobie obrazy z Dakaru, to właśnie ten rejon, Adrar, był sceną ciężkich zmagań z żywiołem pustyni. Fontanny piachu w powietrzu, zakopane na głębokość całych kół maszyny, zacięcie i potężne zmęczenie rysujące się na twarzach uczestników tamtych rajdów... Brniemy w to dalej, powoli, kilometr za kilometrem. Często się nawzajem gubimy. Kuba łapie przedniego kapcia. Leżąc spokojnie w cieniu motocykla czekamy aż sobie poradzi, w sumie to jest nawet zabawnie. Czas upływa. W końcu jest, pora ruszać dalej. Niestety zabawa trwa krótką chwilę, łata puszcza po kilkuset metrach. Zabieramy się do pracy jeszcze raz. Zgłodniałem, wrzucam w siebie jakiegoś batona. Jest bardzo ciepło. Dzieje się coś czego się mocno obawialiśmy - znikają cienie i teraz nie damy rady dostrzec detalów terenu i obrać właściwej linii. Kiedy ruszamy ponownie, to dobrze wiemy że nie po to aby się dobrze bawić, ale aby przedrzeć się jakoś do Ataru.

To jak trudno jest teraz jechać weryfikują najbliższe metry. Wydmy robią się znacznie większe. W końcu zakopujemy się co chwila, siły znikają w oczach. Odczucie jest niesłychane, zupełnie dla mnie nowe. Jak w starej grze, w której pasek życia znikał wraz z upływającym czasem. Zdaje sobie sprawę że znajdujemy się w sytuacji w której, tak zupełnie na serio, nie wytrzymamy długo. Kuba zakopuje się ponad osie, na prostym jak stół odcinku zapada się po prostu nagle pod powierzchnie piasku, Tomek jest zakopany gdzieś z tyłu, Piter patrzy z dołu na wszystko i nawet się nie rusza. Analizujemy sytuacje i postanawiamy odbić na północ, tam rozpościera się kawałek hamady, która powinna dać nam zbliżyć się w prosty sposób do naszego celu. Ale najpierw musimy do niej jakoś dojechać. Zaczynamy walkę, przesuwamy się bardzo powoli, walczymy z fesz-feszem oraz ogromnym zmęczeniem. Upał jest bezlitosny. W pewnym momencie zostaje z Tomkiem, Piter i Kuba z tego co zanotowałem, są gdzieś po lewej. Tomek za którymś razem zwala się z motocykla i nie ma już siły wstać. Leję na niego wodę z bukłaka, staram się dać cień swoim ciałem. Wzywam na radiu resztę. Ustalamy mniej więcej ścieżkę pomiędzy wydmami, zostało ich już góra kilkanaście... Przed samym Atarem jest nowy asfalt, wcześniej szybkie pisty. Pęd powietrza daje w końcu wyczekiwaną ochłodę. Pojawia się znowu zieleń. Krajobraz jest monumentalny. Ta pustynia dała nam lekcję pokory. W Atar tankujemy, jemy do syta, kupujemy wodę. Będąc przez chwilę w bezruchu, obserwuje życie w tym mieście. To jest inny świat, totalnie.

Zbieramy się i kierujemy do Terjit, do oazy. Postanawiamy że będzie to doskonałe miejsce żeby dać sobie chwile na odpoczynek. Zrobić pranie, posiedzieć w wodzie, wychillować w cieniu palm... tak! Po drodze dogania mnie Kuba, pyta o napięcie jakie pokazuje woltomierz, porównuje ze swoim po czym wyłącza przednie światła, hmm... Na miejsce wjeżdżamy już zupełnie po ciemku, otaczają nas dzieciaki biegnąć równolegle. Pierwszą rzeczą jaka robimy to udajemy się do samej oazy, kładziemy czołówki dookoła basenu i spędzamy tak wieczór, romantycznie :-D

Noc jest potwornie duszna. Rozbijam sypialkę pomiędzy ścianami i zadaszeniem na campingu. Zero przewiewu, nic. Po raz kolejny przekonuje się że biwak w naturze, noclegowy grall, to najlepsza rzecz na tym świecie. Rano się nie śpieszymy. Mieliśmy wcześniej nieco ożywione dyskusje na temat robienia dnia przerwy, w końcu stanęło na tym że zrobimy pół dnia lenistwa, a potem ruszymy dalej. Spędzam czas leżąc w oazie wypełnionej wodą, obok siadają czerwone ważki, jedna za drugą, jakby każda chciała zaprezentować swoje wdzięki. Kanion jest głęboki, pełen palm, wypełnia go dźwięk płynącej wody. Interesująca jest myśl, że to wszystko jest w miejscu otoczonym setkami kilometrów surowej Sahary. Kiedy nadchodzi godzina wyjazdu, upał buduje się już kompletnie, żar bije zewsząd. Może i jest za ciepło, za to przygoda wzywa :-D Z tego wyjazdu z Terjit pamiętam jeden szczegół, który mocno utkwił mi w pamięci. Chcemy dokupić jedzenia, zatrzymujemy się w jedynym sklepiku, w nim jak to w Mauretani - nie ma nic prócz półproduktów typu mąka oraz słodyczy. Bierzemy zatem co jest, część od razu do brzucha. Mamy zasadę, że staramy się w takich miejscach nie budować przyzwyczajenia lokalnych ludzi do tego, że turysta to skarbonka, a więc nie rozdajemy prezentów, nie kupujemy dzieciom słodyczy etc... Zresztą słodycze w krajach gdzie jest prawdopodobnie bardzo słaby dostęp do dentysty to w ogóle słaby pomysł. Niemniej jednak, cała kwestia jest bardzo trudna, ale wierzę że postępujemy właściwie. Tak jest też tym razem - szybkie zakupy, woda do worów, po batonie do brzucha. Tylko że dzieje się coś co zostanie mi w głowie na długo. Kiedy już wsiadam na moto, obok pojawia się dziewczynka cała umazana w czekoladzie, z tyłu jest jeszcze chłopak, który kończy wylizywać wyrzucony przez nas chwilę wcześniej papierek. Te dzieciaki wyjęły ze śmieci opakowania po batonikach i dosłownie wylizują z nich czekoladę. Nie mówię nic, odpalam silnik.

Jadąc krótkim odcinkiem asfaltu za Terjit mam czas na chwilę kontemplacji. Krajobraz wywołuje we mnie istną orgię odczuć, jest przepięknie, i jestem w baśniowym miejscu świata. Afrykańska przyroda, taka jak tutaj, działa na mnie niewyobrażalnie stymulująco. Przed nami najtrudniejszy odcinek całego wyjazdu. Planując trasę, wrzuciłem go jako track opcjonalny, do wykorzystania tylko w przypadku kiedy poczujemy się pewnie i wcześniejsze odcinki pójdą nam dobrze. Tak się stało i teraz zbliżamy się do ponad 500 kilometrowej przeprawy przez żywą pustynię. Całe 500km to piasek, po drodze są tylko dwa miejsca gdzie możemy liczyć na wodę, obiekt geodezyjny oraz stara studnia pośrodku niczego. Szansa że spotkamy kogoś na swojej drodze jest bliska zeru.

Wbijamy w track. Musimy dostać się do kanionu, którym podążymy aż do jego ujścia, i dalej otwartą pustynią na północny zachód. Wypatruje zjazd na dół. Wiedzie stromymi skalnymi półkami. Dzida. Dalej koleiny i kopny piasek, wzdłuż skał, są rozgrzane tak bardzo że ich dotyk parzy. Teraz w dół, do wąskiego gardła pomiędzy pionowymi, czarnymi jak smoła ścianami wąwozu. Piasek jest tak grząski że muszę trzymać mocno gaz aby jechać w dół. W końcu dostaje się pomiędzy te skały, jest bardzo wąsko, wraz ze mną jest Tomek i Piter. Czujemy potworny gorąc. Patrzymy na siebie i w jednej chwili pada - zawracamy! O ile na górze było niecałe 50st C, jak tylko nie zbliżało się za bardzo do czarnych skał, tak tutaj musi być znacznie więcej. To jest dokładnie takie uczucie jak zaglądnięcie do rozgrzanego piekarnika, albo wejście do suchej sauny. Robię pivot, w głowie mam tylko jedną myśl - za wszelką cenę podjechać do góry, na jeden raz, nie będę miał szansy ruszyć jeśli się zatrzymam. Greta drze się na wysokich obrotach, udaje się. Teraz Piter i Tomek, chyba niesieni są podobnym wystrzałem adrenaliny jak ja, bo obaj wyjeżdżają na raz. Został Kuba, o niego się nie martwię, wiem że radzi sobie na piachu. Ale czekam. Nagle jest, słuchać ryk silnika. Kuba nie wyjeżdża, zawraca, próbuje ponownie. Znowu nic. Jeszcze raz. Stoimy w skwarze słońca i obserwujemy. Kuba zjeżdża na sam dół. Wyłącza silnik, jest przegrzany. Zrzuca z siebie ubrania i czeka a ja idę do niego. Chłodzimy się chwile w cieniu małej akacji i ustalamy strategię. Wracam na górę, trzymamy kciuki. Kuba ponownie atakuje podjazd, za drugim razem jest na górze. Prawdziwie epicka walka, pot, ryk silnika odbijający się echem od ścian kanionu, czerwone plecy i ramiona od tej chwili na słońcu i wysiłku. Wszystko wydaje się takie jakby wyjęte wprost z powieści o pionierskich odkrywcach Afryki :-D No ale my tu jesteśmy naprawdę, i potrzebujemy ruchu aby się schłodzić. Postanawiamy objechać kanion od wschodu i dołączyć do tracka z innej strony - korytem rzeki okresowej. Kolejna lekcja odrobiona, jak się chce jeździć kanionami w Mauretanii w marcu, to najlepiej robić to z rana, bo potem temperatury są zabójcze. Możliwe że po kilku zakrętach wyjechalibyśmy na otwartą przestrzeń kanionu, bo dotychczas jechaliśmy wąskimi i nagrzanymi przesmykami wzdłuż jego ścian. Możliwe też że ktoś by jednak w końcu przegrzał organizm i miał kryzys w takim miejscu... szansa na pomoc znikoma, na szybką ewakuację właściwie żadna...

Szybko dolatujemy do Aoujeft. Wstępujemy do sklepu - okazję trzeba wykorzystywać. Gdzie nie spojrzeć, nie można pozbyć się wrażenia że rządzi tutaj Sahara, jest bezlitosna. Piasek wdziera się wszędzie, na ulice, do pomieszczeń. Podczas gdy pijemy i jemy przed sklepem, otaczają nas ciekawskie dzieciaki. To już rytuał. Po chwili pojawia się też wojskowy, rozgania dzieciarnie, ciągnie za ucho jednego z chłopaków, dla przykładu. Chwilę z nami stoi po czym w momencie kiedy nadjeżdża przypadkowe auto, macha na niego niedbale ręką. Tamci zatrzymują się i robią mu miejsce, odjeżdżają razem. W Mauretanii mundurowi tworzą odrębną kastę, mają totalny posłuch wśród ludzi.

Upał nieco zelżał, więc mamy nadzieję zrobić jeszcze trochę dystansu. Zapasy na ful, dobre nastawienie, ruszamy. Zaraz za wioską przedzieram się przez miałkie koryto rzeki, za nim wspinam się na skaliste zbocze. Nie jest łatwo, chwilę czekam. Nadjeżdża Piter, jest sam. Czekamy wspólnie i dopiero po dłuższej chwili dołącza Tomek i Kuba. Legenda głosi że Tomek tak się zdekoncentrował z powodu nagłego wzrostu ciśnienia w jelicie grubym, że wypadł w plener na jednym z zakrętów. Połamał szybę. Podcinamy szybę aby pozbyć się ostrych krawędzi.

Jedziemy dłuższą chwilę po kamieniach. Krajobraz jest skalisty. Nagle stajemy oko w oko z morzem wydm. Z tej perspektywy wyglądają czarująco i niewinnie. Robię zdjęcia ale jednocześnie myślę nad tym jak przedostać się na drugą stronę. Zjeżdżamy stromą dróżką i wpadamy w piach. Jadę tam gdzie widzę pozostałości jakiś śladów, to zawsze działa, bo lokalesi najlepiej wiedzą jak się tutaj poruszać. Nagle otwiera się przede mną wspaniała przestrzeń, najpewniej koryto rzeki okresowej, płynącej wprost pomiędzy wydmami. Chwila momentalnie mnie porywa, jest coraz szybciej, dobrze ponad stówka, kiedy nagle zaczynają się muldy. Momentalne otrzeźwienie, rolgaz w opór i celuję w mniejszą wydmę aby wytracić prędkość, tutaj ciągle trzeba być skupionym. Przedzieramy się dalej, cały czas korytem, które teraz otwarło się na ogromną przestrzeń. Co chwila natrafiamy na baseny fesz-feszu, Tomek zakopuje się coraz częściej, w końcu zakopuje się też Piter, nie ma siły ruszyć dalej. To już ewidentny znak aby szukać noclegu, jesteśmy potwornie zmęczeni. Przedzieramy się jeszcze przez wioskę, jesteśmy tu niezłą atrakcją. Kilkanaście kilometrów dalej znajdujemy doskonałe miejsce na biwak, to dwie palmy pośród niczego, na dnie koryta. Zostajemy.

Zmrok zapada szybko. To jednak nie koniec dnia dla nas. Kuba podczas jazdy notował coraz gorsze odczyty napięcia, coś jest nie tak albo ze statorem, albo z regulatorem napięcia. Na całe szczęście obydwa zabrałem ze sobą i wieziemy je teraz jako zapas. Zapowiada się serwisowa uczta pośrodku pustyni w świetle czołówek. Zajmuję się gotowaniem paszy, podczas kiedy Kuba z Piterem rozbierają motocykl. Krok po kroku eliminują przyczyny, dźwigają bak, mierzą napięcia... zmęczenie daje o sobie znać, zasypiam w namiocie patrząc na rozgwieżdżone niebo. Tutaj nie ma miast które zakłócają to widowisko.

Rano widzę że motocykl dalej nie jest poskładany. Kuba i Piter zdecydowali aby nie przekładać jednak statora, ten który jest daje jeszcze wystarczający prąd, aby przy wyłączonych światłach motocykl miał dodatni bilans energii. Składamy obóz, a ja jedząc sardynki zagryzane słodkimi biszkoptami rozmyślam nad odcinkiem który na nas czeka, to największe wyzwanie które nas tu spotka. Jak co dzień w chwili odjazdu, dajemy sobie znak skinieniem. Ruszamy... ale nie Tomek. Tomek nie ma prądu, nie odpala, Kuba w międzyczasie odjechał. To pewnie przez poranne ładowanie akcesoriów. Postanawiamy odpalić się po kablach od Pitera. Udaje się po krótszej chwili, motocykl żyje. Kiedy chcemy jechać, okazuje się że tym razem Kuba nie ma prądu, podczas poprzedniego dnia, pełnego walki w wydmach, wiatraki chodziły prawie nonstop, a motocykle gasiliśmy co chwila. Postanawiamy zatem nie gasząc maszyny Tomka, odpalić Kubę w ten sam sposób. Łączymy obydwie maszyny kablami i pozwalamy sprawnej pochodzić chwilę aby podładować akumulator drugiej. Czekamy... nagle motocykl Tomka tryska paliwem, a korek od baku strzela w powietrze. Paliwo się zagotowało. Tomek natychmiast gasi silnik, na zegarach świeci się kontrolka przegrzania, paliwo w baku bulgocze, wiatrak wyje jak potępieniec. Zrywa się delikatna burza piaskowa. Ok, gasimy wszystkie motocykle i myślimy. Przede wszystkim musimy ostudzić motocykl Tomka. Wiemy że dwa z czterech nie mają prądu. Czekamy dłuższą chwilę, przekładamy akumulatory, i obmyślamy sekwencję odpalania motocykli. Po jakiejś godzinie wszystko jest gotowe, przygoda na nas czeka, co prawda poranny okienko bez upału właśnie się zamknęło, ale hej, nadal jesteśmy zdecydowani jechać na południowy zachód, przedrzeć się przez pozostałe 400km pustyni. To co dzieje się dalej, zlewa mi w się jeden ciąg wydarzeń, zupełnie nieprawdopodobnych, jak gdyby los chciał nas ostrzec przed tym co planujemy. Kiedy odpalamy wszystkie maszyny, ubieramy kaski i chcemy w końcu odjechać, motocykl Tomka traci sprzęgło. Upał leje się z nieba. Skupiamy się w cieniu palm, walczymy z pompą, rozkręcamy klamkę, otwieramy wysprzęglik, gubimy i znajdujemy części w piasku, zamieniamy akumulatory, chwilę entuzjazmu przeplatają się z chwilami zwątpienia, wszystko przy świszczącym wietrze który wciska piasek we wszystkie miejsca na jego drodze. W końcu podejmujemy ciężką decyzję, wycofujemy się. Miejsce w którym spaliśmy nazywamy przeklętą oazą. Kierujemy się z powrotem do Ataru.

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-4-mauritania-the-rugged-rides-153550264