Jest poranek. Dawno nie spałem tak mocno. Mój namiot jest rozbity w cieniu, blisko wysokiego muru, mniej więcej pomiędzy łazienkami, ujęciem wody i piekielnie wypasionymi Unimogami, które po drugiej stronie placyku zaparkowali Bawarczycy. Do Bab Sahara, przystani w której krzyżują się drogi wielu overlanderów z całego świata, dotarliśmy wczesnym wieczorem. Zdążyliśmy naprawić sprzęgło, sprawdzić dokładnie ładowanie w motocyklach Tomka i Kuby, poznać właścicieli miejsca a także słynnego Ahmeda, wziąć prysznic pierwszy raz od 11 dni, a po tym udaliśmy się do centrum Ataru, zwiedzać miasto po zmroku, zjeść w poleconym barze gdzie stołują się tubylcy, podpatrzeć trochę jak toczy się tam życie kiedy pomarańczowy upał ustępuje chłodnej czerni...
Czuje dużo spokoju i wiem że jesteśmy teraz na bezpiecznej ścieżce aby kontynuować podróż i dotrzeć, już niebawem, do Dakaru. Tomek ma wymienioną klamkę wraz z bolcem przenoszącym ruch na pompę. To on był winien całego bałaganu, wytarł się i blokował całość. Można więc ze stanowczością stwierdzić, że zużył klamkę sprzęgła :-) Ładowanie jest na plusie, jest słabsze niż powinno być, ale wystarczające aby kontynuować podróż. Do głowy przychodzi mi myśl, jak sroga jest pustynia, bo przecież te same prace w piaskowej burzy i upale nas zwyczajnie przerosły.
Mamy szczęście, na jednej ze stacji w mieście wciąż jest benzyna, tankujemy, po kolei. Setki drobinek żółtego pyłu ugrzęzły pomiędzy ziemią a niebem, powietrze jest nieprzejrzyste, słońce wygląda jak schowane za zasłoną grubej folii. Obieramy trasę na północ od głównej drogi, łączącej Atar z wybrzeżem. Czuje duży żal, że odpuściliśmy najtrudniejszy odcinek, ale też wiem że tu wrócę i przejadę go, kiedyś kiedy okoliczności będą bardziej sprzyjały. Zjadam najgorszego szaszłyka jakiego ludzkość wydała na świat i pcham nos Grety w otwartą przestrzeń, która teraz ma coraz więcej cech sawanny. Kilka razy czuje jeszcze na plecach podmuchy upału, kiedy odwracam głowę, widzę na horyzoncie kształty czarnych monolitów. Lecimy gładko i nieustannie z prędkościami podchodzącymi pod rajdowe. Pejzaż robi na mnie niesamowite wrażenie, bo wszystko wygląda jak żywo wyjęte z rajdu grupy B, ta droga!. Brakuje tylko Lancii idącej bokiem w tumanach kurzu.
W pewnym momencie trawy ustępują miejsca piaskowi i na scenie pojawia się płaska i piaszczysta pustynia. Mam nieodparte wrażenie że widzimy się ostatni raz, bo tempo mamy takie, że zaraz znajdziemy się nad Atlantykiem, już dawno nadrobiliśmy mileston'y i plan całej wyprawy. Ale nasze plany to przecież tylko fraszka. 5 minut później leżymy radośnie w cieniu maszyn i obserwujemy Tomka, który łata dętkę z przodu. Chyba schodzi z nas wszystkich napięcie ostatnich dni, bo mimo że wszystko idzie gładko i jest łatwo, spieramy się o takie bzdury jak pomoc przy naprawie czy najlepsze na nią miejsce.
Jest gorąco, więc widząc że Tomek kończy, decyduje się ruszyć i jechać przodem. Jestem sam, ja i to wszystko dookoła, pustka krzyczy z całych sił. Przejeżdżam przez klimatyczną i wyludnioną osadę. Nikogo jednak ze mną nie ma, gdzie są? Wypatruje jedyną na horyzoncie niewielką diunę i wspinam się na nią. Wywołuję resztę na radio. Cisza. Próbuje przez wiele minut. Nie ma nikogo. Głucha nicość. Dopiero po dłuższym czasie udaje mi się namierzyć kierunek z którego dochodzą do radia jakieś niezrozumiałe zakłócenia, poznaje jednak że to Piotr i reszta. Ryzykuję i jadę w kierunku tracka. Okazało się, że pojechali na wprost, a ja lekkim łukiem, są z przodu i ponownie łatają koło. Dętki UHD nie kleją się z łatkami, jest nam bardzo trudno ogarniać przez to nawet najprostsze przebicia.
Znowu lecimy grząskimi piaskami, powietrze jest nieprzejrzyste, pojawia się coraz więcej roślin i traw. Meandruję miedzy nimi z wprawą, w rytm, bawię się doskonale. Czuje że temperatura zaczyna się obniżać z każdym przejechanym kilometrem, w niesamowity sposób. Nagle uderza we mnie wilgoć, morska bryza, w jednej chwili czuje euforię i jeszcze bardziej odkręcam gaz. Jest teraz około 15 stopni C mniej. W moment docieramy do drogi N2, głównego traktu z północy na południe po tej stronie kontynentu, jednej z niewielu asfaltowych dróg w Mauretanii. Jest pusta. Za to na poboczu znajduje się niewielki sklepik. Mają w nim kilka puszek z sardynkami, trochę słodyczy, kilka butelek ciepłej coli i dramat na podłodze, na której leży jakiś zakrwawiony człowiek z raną cięta dłoni, oraz drugi, który próbuje mu ja opatrzyć. Dziękują za pomoc, a my wypijamy ta ciepłą colę, czując chłód i powiewy morskiego wiatru na ciele. Nawet nie wiem kiedy pokonaliśmy 400km z Ataru. Rozpoczynamy ostatni etap, stąd, samymi plażami dotrzemy do różowego jeziora.
Przejeżdżam przez niewielką wydmę i przez chwilę się waham. Przede mną rozciągają się widok na setki małych, skleconych głównie ze śmieci rybackich chatek, pośród nich walają się sieci, ryby i najróżniejsze odpady. W końcu wypadam na plażę, z początku czuje się niepewnie i mam mnóstwo respektu do spienionych fal. Dzisiaj nie szukam już wrażeń, jedziemy jeszcze tylko chwilę i znajdujemy miejsce, któremu wygląda na bezpieczne od przypływu, i gdzie jest nieco mniej śmieci. Wieczór jest perfekcyjny, spokojny. Kąpiemy się w oceanie, obserwujemy jak nieliczne ciężarówki pokonują trasę N2 widoczną gdzieś w oddali. W końcu zabieram się za gotowanie, makaron, sos pomidorowy i tuńczyk. Tyle tylko że w puszkach z tuńczykiem jest śmietana. Hmmm, kulinarna bohema na wydmach, granica absurdu zostaje przesunięta na kolejny poziom :-)
Rano zauważam że bolec od amortyzatora skrętu wyjechał na wakacje, złamał się i gdzieś odpadł. Trochę martwię się tym jak teraz będzie mi się bez niego jechało. Szybko kalkuluję - czeka mnie jeszcze kilkaset kilometrów plaży i potem, już w Senegalu, powinno być twardo, może z wyjątkiem nielicznych wanien z piaskiem. Ok, przypomnę sobie jazdę bez amortyzatora, ale muszę przyznać że pomoc którą świadczy to małe stworzenie jest nieoceniona i zaoszczędziło mi to w Mauretanii mnóstwo sił.
No to ogień, czas zobaczyć jak tutaj wygląda taniec! Z początku jestem ostrożny, poznaje teren stopniowo. Po kilku dłuższych chwilach już wiem że jazda to ciągłe balansowanie pomiędzy miękką plażą a twardym dnem oceanu, które na moment zostało odkryte przez ustępującą falę. Jeśli jednak zetnę za ostro w kierunku wody, ryzykuję że nakryje mnie kolejna fala, poza tym, źle się czuję z tym że Greta zbiera wtedy sporo soli. Różnica jest ogromna, po plaży najlepiej jest zrzucić do trójki, ale wciąż odkręcać trzeba mocno, bo piasek jest kopny, nierówny i momentalnie wybija z rytmu. Przy samej linii wody można spokojnie zostać nawet na piątce, trzeba tylko skakać co chwila z muld które się przecina. Ogólnie jedzie się ciągłym slalomem, starając się uchwycić jak najwięcej twardego podłoża. Jazda jest terapeutycznie cudowna, płynna, przeszkody zdarzają się rzadko.
Docieramy do Noaukchott, jego granice wyznacza kilka turystycznych kurortów. Jacyś turyści robią nam zdjęcia, są ciekawi, podpytują. Po chwili kierujemy się na targ rybny, bodajże największy w tej części świata. Jest kolorowo, tłocznie, i panuje rumor. Chodzę pomiędzy ludźmi i robię setki zdjęć. Zauważam mnóstwo czarnych twarzy, dużo więcej niż w głębi lądu. Po raz pierwszy widzę też z bliska wielkie łodzie rybackie, ozdobione mnóstwem kolorów, które spychane są przez kilkunastoosobowe załogi wprost w objęcia fal. Ryby są wszędzie, w wiadrach, w koszach, na naczepach i na kocach ułożonych wprost na piasku. O dziwo, nie czuje smrodu, lekki słonawy zapach, ale absolutnie nie to czego się spodziewałem.
Kiedy wracamy do Piotrka i Tomka, którzy zostali pilnować motocykli, jest tam już spora grupa gapiów i powoli buduje się napięcie. Postanawiamy ruszyć dalej i przebić się przez miasto, a właściwie sam jego środek. Kwadrans później stoję z wyłączonym silnikiem na środku sporego skrzyżowania i rozglądam się dookoła. Utknęliśmy. Wypatruje reszty. Wszystkie samochody i motocykle są zablokowane nawzajem, nie ma miejsca aby gdziekolwiek się przedostać, wszystko jest zakleszczone w bezruchu. Powietrze wibruje z gorąca, przeszywa je kakofonia klaksonów. No cóż, nie jest to styl jazdy jaki preferuję, dlatego postanawiamy zrobić ucieczkę, i już główna drogą dociągamy w okolice granicy z Senegalem, do rzeki Senegal. Spodziewam się ujrzeć jej rozlewiska, ale widzę jedynie trawy. Niesieni doskonałym flow, decydujemy się zaatakować granicę jeszcze tego dnia. Aby do niej dotrzeć, należy przejechać przez park narodowy Diawling. Naczytałem się że droga przez niego jest trudna i wymagająca, tymczasem okazuje się dość nudna, nawet kiedy jedzie się z wielkim arbuzem przyczepionym do siedzenia. Nie widzę też żadnych zwierząt. Lekko rozczarowany wtaczam się na granicę. Dobijamy targu z setterem, który sprawnie przeprowadza nas na drugą stronę. Jeszcze tylko gotówka i wraz z ostatnimi promieniami słońca ruszamy na, z góry upatrzoną, miejscówkę na plaży przy samym ujściu rzeki Senegal do oceanu. Mijam spore stado małp, potem w tumanach wiszącego kurzu, kilka wiosek w których toczy się już nocne życie na ulicach. Nawet w mroku czuję, że Senegal to totalnie inny świat. Pełen ruchomego życia. W końcu po omacku docieramy na biwak. Zasiedlamy ten skrawek lądu schowany przed światem. Siedzimy na skraju plaży i obserwujemy łodzie zawijające do zatoki bez żadnej widoczności. Zjadamy arbuza. Wtedy przychodzą kraby, dziesiątki krabów, rzucają się na pozostawione im skórki. Trochę się z nimi ścigamy, kilka łapiemy, całkiem nieźle pozują do zdjęć...
Rano spostrzegam że śpimy w morzu śmieci, do tego wokół nas pojawiły się krowy, w porannej mgle wyglądają nieco upiornie. To chyba najmniej klimatyczny nocleg do tej pory. Sprawdza się zasada, aby nie szukać biwaków po ciemku, ani w pobliżu miast. Bez skrupułów zbieramy się szybko i jedziemy się zatankować oraz znaleźć coś do zjedzenia. Poprzedniej nocy nie było na to czasu. Meandrujemy wśród wąskich piaszczystych uliczek kiedy dostrzegam pierwszy baobab, jakie to jest cudo, zaraz po sosnach jest to z pewnością najwspanialsze drzewo na tym świecie. Widok baobabu uświadamia mi że finalnie zostawiliśmy Saharę za plecami, zaczynamy nowy etap tej podróży. Z porannych myśli wyrywa mnie gwar ulicy, nagle zaczynam świadomie patrzyć na wszystko dookoła. Senegal wita nas pełnym bukietem niesamowicie kolorowych doznań! Wszystko tu pachnie kolorowo, wszystko wygląda kwieciście, ulica tętni życiem, stragany promieniują różnorodnością. Ulicami idą kobiety z koszami na głowie, skuterki wiozą poranną prasę, krowy zmierzają na pastwiska. Wszystko miesza się w niesamowicie chaotycznym porządku. Bardzo dobrze czuję się w takich miejscach. Natychmiast się zatrzymujemy i postanawiamy poszukać śniadania. Swoje oczy kieruję na stoisko na którym widać gazety, jaja oraz trzy uśmiechnięte kobiety. Dogadujemy się szybko, "madamme, quatre baguettes?", "avez du cafe?"..."quatre, s'il vous plait" :-) Już po chwili otrzymujemy owinięte w gazetę ciepłe jeszcze bagietki, wypełnione cebulowym nadzieniem oraz omletem, do tego, w niewielkich kubeczkach niesamowicie aromatyczna kawę, to cafe touba. Ten zestaw zostanie z nami aż do końca przygody w Senegalu.
Jesteśmy w środku tłumu, ale jakby niewidzialni. Ludzie żyją swoimi sprawami, w powietrzu jest dużo uśmiechu. Robię mnóstwo zdjęć. Tak, Senegal jest w każdym calu inny od krajów Sahary. Na chwilę czuje jakby ulgę. Sahara to było moje marzenie oraz moje spełnienie. Jechaliśmy tam w napięciu, tutaj się relaksujemy.
Ruszamy na ostatnią prostą do mety. Zostało nam do niej niecałe 200km plażą. Zaczynam zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia, bogatszy o zdobyte doświadczenia. Wkręcam silnik, odważnie rzucam maszynę na fragment plaży najbliżej wody. Nie ma śmieci. Mijam mnóstwo lekkich wozów, ciągną je osły. Niewątpliwie jest to bardzo uczęszczana przez nie trasa. Są ich dziesiątki, transportują towary z miasteczek, wiozą pasażerów. W powietrzu unosi się morska bryza. Co chwilę muszę przecierać gogle, inaczej świat zlewa się w niewyraźna plamę. Mijamy szalenie kolorowe rybackie osady, momentami przejeżdżam dosłownie po dziobami łodzi, których na brzegu są setki. Często jedziemy wprost po wodzie. Jest bajecznie.
Robimy postój, po raz kolejny kapiemy się w oceanie. Kiedy ponownie ruszamy, czuje że cel jest bliski na wyciągniecie ręki. Przyśpieszam, bawię się z plażą, jest naprawdę szybko. Wyobrażam sobie Dakarową stawkę, pewnie jechali znacznie szybciej. Zmieniam kierunki i testuje jak głęboko mogę jechać w ciemnym mokrym piasku. Nagle czuje jak motocykl nurkuje w wodzie, morska piana zalewa mi gogle, nic nie widzę, odruchowo odkręcam gaz w opór, na nic. Silnik ma za mało mocy, stoję prawie po pas w wodzie, maszyna zgasła. Ta chwila rozgrywa się w mojej głowie wieloma torami. Kiedy fala ustępuje, decyduje się jednak na próbę ucieczki, naciskam starter, ok, mamy to, silnik żyje, strzał ze sprzęgła i i przywołuje cała fortunę jaka posiadam aby motocykl nie zakopał się w dnie tylko ruszył do przodu. Tak!
Następne kilometry mijają jak w transie. Na ekranie nawigacji widzę Lac Rose, jest tuż obok, schowane za wydmami. Nagle spostrzegam, że w miejscu w którym chcę skręcić, leżą resztki wyrzucanego na brzeg wieloryba! Nie wiem co to za handel, ale splot okoliczności jest niesamowity. Fetor jest niemożliwy do określenia, lecz podejmuję się wykonania kilku pamiątkowych zdjęć :-)
Lac Rose, siedzę wpatrzony w tafle wody, obserwuję spokojnym umysłem, popijam La Gazelle. Zatrzymaliśmy sie na campingu Le Nomade. Kontempluje chwilę. Jestem szczęśliwy, i dumny, po prostu. Wszystkie myśli, plany i wyobrażenia budowane pieczołowicie przez ostatnie pół roku nagle zbiegły się w jednym miejscu, tutaj.
Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-5-lac-rose-the-rugged-rides-159143303












































































Leave a comment