Dakar 2023 - Stage 7 - The Summit

The Rugged Rides 6/21/2024

Startujemy bardzo wcześnie. Opłaca się. Podziwiam jak stado rogatych krów, podświetlone promieniami niskiego słońca podnosi kurz, tworzą niesamowity spektakl. Zwierzęta suną powoli. Słyszę jak oddychają. Zostajemy w tym świecie do południa, kiedy wbijamy na asfalt. Chcemy wykorzystać to że tu jesteśmy i dotrzeć do ostatniego i najdalszego punktu wyprawy - do parku Dindefelo, pod sama granicę z Gwineą. Po przeżyciach ostatnich dni, te 150km asfaltu dłuży się nieznośnie. Jedyną rozrywką jest rozmyślanie na temat tego, czy wjechanie do parku na motocyklach byłoby mądre z punktu widzenia dzikich zwierząt które tam żyją, czy lwy mogłyby nas zaatakować, ściągnąć w biegu z motocykla jak pluszową laleczkę? Poza tym niewiele więcej, ubolewam nad tym ile traw wypalają tu ludzie, na kilka kroków od Sahary, która co roku rozpycha się i łapczywie zajmuje kolejne tereny. Czy tutaj nie zdają sobie z tego sprawy? Mijamy też wywróconą, tlącą się jeszcze, ciężarówkę. Jej ładunek to w całości czosnek. Widok jest równie osobliwy, jak zapach.

W końcu docieramy do rzeki Gambii. Jadąc mostem, podziwiam dziesiątki ludzi którzy stojąc po kolana w wodzie wykonują najróżniejsze prace. Pół nagie kobiety piorą ubrania, ktoś inny z uwagą przetrząsa dno, dzieciaki bawią się na wypłyceniu. Zaraz za mostem postanawiamy także skosztować kąpieli. Znajdujemy miejsce, już z oddali witają nas krzyki dzieciaków, skaczą do wody z drzewa, poniżej jakaś kobieta robi pranie, idealnie! Nie poganiam tej chwili, pozwalam jej trwać aż do momentu kiedy wspólnie uznajemy ze już czas.

To co zaczyna się od tej chwili to dokładny obraz tego jak od zawsze wyobrażałem sobie czarną Afrykę. Znajdujemy się na górzystym, słabo zaludnionym terenie. Zaraz obok jest słynny park Niokolo-Koba. Nie ma tu dróg jakie znamy, przemieszczamy się po ścieżkach które używane są tylko lokalnie, przez jednoślady, bije od tego niesamowity spokój i wrażenie jakbym cofnął się w czasie, do świata bez samochodów i rozwiniętej cywilizacji. Krajobraz przybrał wulkaniczny wygląd, gleba jest jeszcze bardziej czerwona niż wcześniej, pokryta jest teraz grudami zastygłej lawy. Zrobiło się górzyście, co jakiś czas napotykamy ogromne formacje gładkich skał które wyglądają jak Seszele. Wszystko porastają coraz gęstsze lasy, zielone drzewa pełne są liści, przyroda zrobiła się zupełnie soczysta. To jest miejsce w którym czuję dziecięcą radość z odkrywania, czystą przyjemność z samego faktu, że mogę tu być i przemierzać te cudowne tereny na motocyklu. Widoki są absolutnie rajskie. Płynę w tej motocyklowej baśni, niesiony zachwytem, i nie zauważam zupełnie kiedy nachodzi wieczór. Z letargu wytrąca mnie dopiero Tomek, po jednym ze zjazdów czekamy na niego dość długo ale nie nadjeżdża. Kiedy po niego wracamy okazuje się że dosięgło nas to co odkładaliśmy od wielu dni. Bo od wielu dni Tomek i Kuba jadą ze zgaszonymi lampami, oszczędzając baterie na wszystkie sposoby jakie znamy. Myślałem że uda się tak dociągnąć do końca, ale Tomek stoi bez prądu, na singletracku pośród niczego a za plecami właśnie zachodzi słońce. Podejmujemy szybką decyzję, rozbijamy się tutaj, będziemy szukać przyczyny i pomyślimy jak ogarnąć maszynę. Po chwili wszyscy jesteśmy przebrani, namioty stoją rozłożone, grzebiemy chwilę przy motocyklu a potem na tablecie oglądamy relacje z Dakarów lat 80'tych. Ktoś wspomina lwy, czy możliwe jest żeby zapuszczały się tutaj, park Niokolo jest przecież bardzo blisko, czy istnieje w ogóle ryzyko ataku, i dlaczego wszystkie chaty są tak szczelnie ogrodzone, nawet blachą i drutem? Brak możliwości sprawdzenia tego w Internecie, brak dokładnych informacji, sprawiają że wszystko staje się ciekawsze, doprawione nutą tajemniczości. Co za wieczór!

Rano kontynuujemy baśniowymi singlami. Naszym celem na dzisiaj jest park Dindefelo, wodospady i skały szczycie. Docieramy do głównej drogi. Tomek jedzie na resztkach prądu, na pewno nie uda mu się w tym stanie dotrzeć na górę, szczególnie że spodziewamy się że droga będzie wymagająca technicznie. Podejmujemy decyzję że Tomek wróci do Kedogou i wymieni stator, my natomiast zamkniemy tracka i zwieńczymy podróż docierając na sama górę. Już sam początek daje przedsmak tego co nas czeka. Znakomite single prowadzą zygzakami wśród wulkanicznych pejzaży. Znowu jadę w pełnym zachwycie. Kiedy docieramy do wioski i zamawiamy codzienną poranną bagietkę, uzmysławiam sobie jak daleko dotarliśmy. Tutaj nie ma masowej turystyki, nie ma betonu, ludzie żyją tak samo jak ich dziadkowie. Dziewczyny które przygotowują nam jedzenie podśmiewują się pod nosem i komentują nasze przybycie, chłopaki oglądają motocykle, co chwila ktoś przychodzi i wykorzystuje jakiś pretekst aby podpatrzyć co robimy. Tylko t-shirty i plastikowe miski na głowach, zamiast wiklinowych, zdradzają jakie jest stulecie.

Kończymy śniadanie i uderzamy w kierunku wodospadu Dindefelo. W domu narysowałem odważną kreskę na wprost, na Google Earth nie bardzo było widać skalę i przewyższenia. Podjeżdżamy dziarsko w miejsce gdzie znajduje się parking i jakiś gość, który najpewniej jest strażnikiem parku. Próbuję go przekonywać, że wiemy co robimy, że umiemy jeździć i damy sobie radę. Ale patrząc na pionowe ściany wąwozu sam nie jestem przekonany. W końcu decydujemy się wyjechać od strony Segou. Natychmiast rozpoznaje ten podjazd, widziałem go już na filmie Kap2Cap, kiedy Lolo i Amaury walczyli z nim na swoich Tenerach. Jakoś nam idzie, może niezgrabnie, ale wyjeżdżamy to na raz. Wtedy widzę chłopaczka na skuterze, zjeżdża tą samą drogą w dół… i trzyma w jednej ręce telefon przez który rozmawia. Ok, odwracam głowę, skupiam uwagę na tym co przed nami. Jesteśmy na płaskowyżu, z całą pewnością są to tereny o wiele mniej dostępne niż te u jego podnóża. W pewnym momencie moją uwagę zwracają dziwne kamienne grzyby, mają wielkość kilkudziesięciu centymetrów. To skamieniałe kopce termitów, nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego. Zaczynamy jechać ścieżką, na której pojawiają się coraz częściej kamienne uskoki, jest wymagająca technicznie. Nagle wyjeżdżam wprost na wodospad i gromadę prawie nagich kobiet, robią tu pranie. Są zaskoczone, jednak nie przerywają pracy. Dalej ścieżka wspina się stopniami pod górę, zawracamy. Po chwili, alternatywną ścieżka docieramy do wiosek na szczycie. Jest tam ogromny wodospad, aktualnie suchy. W tym miejscu Kuba stwierdza że nie pojedzie dalej, elektryka spadła do krytycznej wartości, wentylator chodnicy wyssał resztki prądu. Końcówka naszej podróży jest naprawdę dziwna. Wszystko dzieje się jakby samo, obok, bez nas. Z Piotrem decydujemy że pojedziemy na szczyt sami, cały czas mamy łączność radiową z Kubą. Spotykamy jakieś kobiety idące na zorganizowany przy wodospadzie festyn, niosą kosze owoców, zachwycamy się drzewem które ma piękne czerwony kwiaty, wyszukujemy naszej ścieżki pośród lasu. W końcu jesteśmy. Koniec.

Ściągam kask i rozkoszuję się chwilą. Zbieram kilka kamieni, są spalone słońcem, błyszczą się jak by były wypalone w piecu. Znajdujemy Teeth of Dande - strzeliste czerwone skały, do nich jechaliśmy tutaj na górę. Jest czterdzieści kilka stopni, nawet w cieniu nie do zniesienia. W Pewnej chwili zapatrzony w horyzont Piotr stwierdza, że chciały jechać dalej. Jesteśmy otoczeni morzem drzew i wzgórz, tylko w jednym miejscu przebija miasto, reszta jest nieskażona.

Stoimy tam na górze, w totalnej ciszy.
Do domu mam 8000 km.
Kusi.
Patrzę na Piotra, jego też kusi.
...

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-6-2-teh-summit-the-rugged-rides-174804114