Noc była jedną z tych zimniejszych, na namiotach widać jeszcze ślady szronu. Korzystamy z ogniska, które nie zgasło zupełnie, parzymy kawę i powoli zbieramy się do dalszej drogi. Mamy pierwsze zatrucie, ale chyba pod kontrolą. Ruszam przodem, ciągnie mnie mocno aby jechać jak najszybciej na południe. Zostały nam do pokonania 3 pasma gór i zjazd niesamowitym kanionem wprost w objęcia Sahary. Droga jest widokowo doskonała, płynna, jest pięknie. Mijam wojskowe ciężarówki, pozdrawiamy się nawzajem. Okolica wygląda jak park narodowy a roślinność zdradza że jest dość wysoko.
Dogania mnie Konrad i razem zjeżdżamy w dół, widzimy wieżę obserwacyjną na przeciwległym wzniesieniu, potem skręcamy w kierunku miejscowości i natrafiamy na szlaban. Trudno, jest uchylony więc jedziemy dalej, wzdłuż ogrodzenia z drutu kolczastego. Za zakrętem jest kolejny szlaban, zamknięty. Macham do stojącego obok strażnika. Bonjour, passable? Destination Arris! Strażnik otwiera szlaban, ale w tej samej chwili dzieje się coś jeszcze. Z góry zbiega druga postać i nakazuje zamknąć szlaban. Stoimy. Kiedy dojeżdżają Tomek z Kubą, zbiera się już coraz więcej wojskowych, wśród nich jeden w cywilu, tak chyba wyglądają tutejsi tajniacy. Pierwsza myśli to po prostu zawrócić i jechać gdzieś indziej, no ale jesteśmy tutaj we czterech, czy wszyscy zrobią to samo? Poza tym nieco zniechęca do takich manewrów widok przynajmniej kilku karabinów, które noszą nasi gospodarze.
Okazuje się że zostaniemy zaszczyceni kolejną eskortą, tym razem jednak będzie to żandarmeria, czyli biało zielone wojskowe terenówki. Aby do nas dotrzeć potrzebują 2 godzin. No to świetnie, byłem bardzo ciekaw czekających nas gór, teraz na pewno pojedziemy dookoła, asfaltem. Jestem trochę zły, ale jednocześnie przyjmuje całość jako po prostu niezbędny element tej wyprawy. No więc czekamy.
Nasi towarzysze umilają nam pobyt rozmowami o życiu, kwestiach religijnych oraz jakże by inaczej, o motocyklach. Oczywiście pojawia się też kwestia jedzenia świń, to ciekawe że wszyscy biali kojarzą się od razu z pałaszowaniem tych żyjątek? Nasi gospodarze w tym temacie mają co nieco do powiedzenia, ciągną nas nieopodal i chwalą się dzikiem zastrzelonym z wieżyczki obserwacyjnej kilkadziesiąt metrów dalej. Biedactwo nie ma połowy karku i części głowy. Robimy sobie wszyscy selfi i zajadamy truskawki (fraises) którymi zostaliśmy poczęstowani. Powiedziałbym że nawet miła niewola.
W końcu pojawiają się dwa piękne mercedesy G. Ustalamy że odeskortują nas do Arris i to będzie na tyle. Jedziemy to szybko to bardzo wolno. Jeden Mercedes z przodu, drugi z tyłu. Mijamy liczne grupy maszerujących żołnierzy, wieże obserwacyjne, płoty z drutu kolczastego. No tak, chyba przypadkiem wjechaliśmy w rejon jakiegoś poligonu lub strefy militarnej. Z tęsknota obserwuję jak nasz track odbija w piękne góry na sam ich szczyt, my natomiast zostajemy na asfalcie biegnącym dookoła. Mam nadzieję że eskorta skończy się szybko i nie stracimy zbyt wiele.
Kiedy docieramy do Arris, zamiast wypuścić nas i pozwolić jechać dalej, wojskowi przekazują nas po prostu kolejnej zmianie. No to zaczynamy negocjacje, nie tak miało być. Tomek jest przy tym bardzo stanowczy, ale też pełen wyczucia. Podobnie druga strona, eleganccy funkcjonariusze wykładają nam swoje racje ze spokojem, wszyscy odgrywamy swoje role idealnie. Argumenty już oczywiście znamy, pokażą nam swój kraj, jesteśmy ich gośćmi, a wszystko dla naszego bezpieczeństwa. Trwa to dłuższą chwilę, jesteśmy mocno zdeterminowani, ale kończy się jakby bez rozstrzygnięcia, po prostu wsiadamy na maszyny i jedziemy dalej. W takim razie zjemy wspólny obiad! Docieramy do Ghoufi i rozsiadamy się w poleconej przez naszych ochroniarzy knajpie. Szaszłyki, kiełbaski, frytki, sałaty, bagietka, kawa i do tego koktail z truskawek. Sweet!
Kiedy wstajemy od stołu i zaczynamy zbierać się do dalszej drogi, nasi przyjaciele z Mercedesa to zauważają, ale nie spieszą się jakoś bardzo mocno. Ruszamy więc bez nich i kierujemy w stronę kanionu Ghoufi. Jego zbocza mają w niektórych miejscach nawet 200m wysokości, na dnie znajduje się oaza z gajami palm daktylowych, a wszystko wypełnia starodawna osada berberyjska. Wiele domów zostało wykutych lub częściowo wbudowanych w skałę. Niektóre były zamieszkane jeszcze w XX wieku. Widać tam również dawne spichlerze i tarasy uprawne. Wszystko to oglądamy trochę w pospiechu, a trochę w niepokoju, bo przed chwilą nasza eskorta zdecydowała się jednak do nas dołączyć. Ale… dostrzegamy wyraźną zmianę w ich zachowaniu, pokazują abyśmy jechali przodem, potem jadą jakby za wolno, a my jakby za szybko. Kiedy dociera do mnie co się właściwie dzieje, wkręcam DR na obroty i przyrzekam sobie że więcej nie nadzieję się na żaden checkpoint z zamkniętym szlabanem. Czas rozpocząć prawdziwy etap naszej podróży pod hasłem "desert divers"! Nurkujemy w pustynię, zanurzamy się niczym łódź podwodna, niewidoczni z asfaltów…
Przed nami Biskra. Ostatnie duże miasto zanim na dobre znikniemy w piaskach Sahary. Jesteśmy teraz prawdziwymi cieniami, przemierzamy przestrzeń bez zwracania na siebie uwagi, do miasta wjeżdżamy od strony hamady. Sklep, paliwo i jesteśmy gotowi, szybko. Mamy tego sporo, celujemy teraz w odcinek mający prawdopodobnie około 400km. Udaje się, namioty rozbijamy już na piasku. Słońce zachodzi w tym samym momencie. Dzwonimy jeszcze do Piotra, przejechaliśmy wspólnie nasz Dakar, ale tym razem nie mogło go być z nami. Wiem że bardzo by docenił ten biwak. Naradzamy się i postanawiamy dalej obrać kurs na Ghardaia. Spodziewamy się że nie uda nam się dotrzeć na samo południe, że za kilka dni gdzieś zostaniemy zawróceni, a w ten sposób przejedziemy więcej pustyni. Jest doskonale.
Nazajutrz napotykamy niespodziankę, okazuje się że zaraz za biwakiem drogę przecina niewielka rzeczka. Kiedy rysowałem tracka, na pewno jej tu nie było, za to widać było wyraźnie ślady kół. Teraz stoimy wpatrzeni w moczary i jakieś 15 metrów brodu, który na 100% wciągnie nas jednego po drugim. Coś tam próbuję bokiem, ale ostatecznie ustalamy że pojedziemy po prostu z nurtem, aż do miejsca gdzie da się przejechać na drugą stronę nie ryzykując wklejenia.
Po drugiej stronie nasz track wbija się już w zupełnie dziewicze obszary pustyni. Znowu, pamiętam że rysując tutaj trasę wypatrywałem najmniejszych śladów, świadczących o tym że ktoś tędy jeździł. Oczywiście moglibyśmy jechać po prostu po linii prostej, ale jazda po najdelikatniej nawet zaznaczonym śladzie jest płynniejsza i ciekawsza. Toteż jedziemy. Moja pierwsza obserwacja - jest tu niemożliwie ślisko. Mało uczęszczany track, ledwie widoczny pod kołami, dywan żwirku leży na miękkim podłożu, dlatego tył odjeżdża na każdym łuku. Zaraz pojawiają się pierwsze koryta rzek okresowych, jak dobrze znowu przemierzać Saharę! Z transu wyrywa mnie nagle sygnał na radio, ktoś z tyłu leży, chyba Tomek. Kiedy podjeżdżam, okazuje się że pech atakuje znienacka. Oprócz tego że Tomek się trochę sponiewierał, Konrad ma przebity worek na paliwo. Leje się z niego ciurem, nasz sumaryczny zapas paliwa na najcięższe odcinki pustyni, które są przecież przed nami, skurczył się właśnie o 5 galonów. Co jest?! Giant Loop nie zawiódł nas nigdy do tej pory. Jedziemy dalej, wymyślimy co z tym zrobić później, musimy.
Przemierzamy pustynię, która jest o wiele bardziej pusta, niż ta sama pustynia w Maroko lub Tunezji, i to już tutaj, na samym początku, co będzie dalej na południu? Napotykamy stada wielbłądów które przed nami nie uciekają, czasami studnie, bywa że track zanika i jedziemy na azymut. Tylko raz natrafiamy na namioty nomadów. Nocleg wypada gdzieś pośrodku niczego, śpimy przyklejeni do klifu na miękkim podłożu piasku. Drugiego dnia docieramy do Ghardaia.
Przede mną rozpościera się widok na tysiące pudełkowatych domków w kolorze hamady. Leżą w dole i otulają szczelnie całą dolinę, jedyną wybitnością w tej mozaice jest potężny betonowy kanał rzeki, wcinający się brutalnie pomiędzy dzielnice mieszkalne. Stoimy tak wpatrzeni w widok kiedy spostrzegam dwie dziewczyny, ubrane w białe długie okrycia, każda z nich łypie na nas tylko jednym odsłoniętym okiem, drugie skrywa pod zasłoną materiału. To Mozabici, tutejsi mieszkańcy, są Amazighami (Berberami) wyznającymi ibadyzm, jeden z najstarszych i najbardziej zasadniczych nurtów islamu. Dlaczego tutaj, skryci tak głęboko w piaskach Sahary, 600km na południe od Algieru?
Mozabici stworzyli w islamie schizmę, twierdzili że tylko oni są prawdziwymi wyznawcami tradycyjnych zasad, zwanych sunna, opisanych w opowieściach z życia Mahometa. Uważali się za naród wybrany, podobnie jak Żydzi. Cechował ich wstręt do wojny i do militaryzmu. Chcieli oczyścić Koran z naleciałości, wprowadzić zasadę iż władza ma być wybierana i oparta na moralności, a całą społeczność oprzeć na religii jako systemie praw i wytycznych. Nie trudno się domyślić że z takim podejściem, Mozabici musieli salwować się ucieczką i założyli nowe królestwo 150km od linii brzegowej, w Tahercie. Za blisko, niebawem musieli uciekać ponownie. Ich tułaczka była długa i wyczerpująca, nadzieję odnajdywali w Koranie który podobnie jak Biblia opowiada o ucieczce Żydów z Egiptu. W końcu dotarli do rozłożystej doliny M'Zab, gdzie założyli w sumie 5 obronnych osad tzw. ksarów, wszystkie na dnie połączonych wąwozów. Nowa ziemia nie była łaskawa, potrzebne były bardzo głębokie studnie, białe mury chroniły przed żarem i przed napaścią, tarasy służyły do wypoczynku w nocy.
Każde miasto w dolinie zostało zaprojektowane wokół meczetu stojącego na wzgórzu. Minaret pełnił jednocześnie funkcję wieży strażniczej. Przez stulecia obowiązywały ścisłe zasady dotyczące wysokości domów, aby nikt nie dominował nad sąsiadami. Funkcjonował system dystrybucji wody, na długo przed tym jak Europa zaczęła budować wodociągi. Ciekawostka, w XX wieku architekci modernistyczni zachwycali się tym układem. Często wskazywano M'Zab jako przykład miast idealnie dostosowanych do klimatu i życia społecznego. Ulicami Ghardai przechadzał się i podziwiał sam La Corbusier.
No więc stoimy i obserwujemy, bo jesteśmy w jednym z nielicznych miejsc na świecie, gdzie średniowieczna wizja idealnego miasta nie zamieniła się w ruinę i wciąż żyje. Zanurzamy się w świecie drobnych uliczek, ścian podpartych chińskim motorkami i uchylonych drzwi do ciemnych wnętrz pokręconych mieszkań. Szukamy wieży minaretu, dosłownie po chwili nagle - bach, strzelista wieża wyrasta wprost przed nami. Labirynt wcale nie jest tak wielki jak sądziłem.
Robi się późno, więc kierujemy się na pustynię. W dalszym ciągu bardzo dbamy o to aby nie rzucać się w oczy. Po drodze na upatrzony nocleg znowu zatrzymuje mnie alarm na naszym radio. Konrad zgubił i rozlał olej na dolewkę, tam z tyłu muszą zając się tym bajzlem. Słońce jest już nisko więc z Kubą ustalamy mniej więcej pozycje gdzie przejmiemy Tomka z Konradem i ruszamy przodem aby znaleźć biwak na samym klifie rzeki. Rzeka M-Zab jest ogromna, a biwak bardzo klimatyczny, to mały skalny korytarz wypełniony żółtym piaskiem. Tego wieczoru ognisko płonie do późna.
Track: https://loc.wiki/t/271342611?wa=sc


















































Leave a comment